
W ramach cyklu artykułów „Wiślacki Wehikuł Czasu” przypominamy wydarzenia związane z wcześniejszymi ważnymi występami Wisły w ekstraklasie. Zaczęło się w Pniewach...
Nie opadł jeszcze kurz bitewny po zwycięskiej, oznaczającej powrót do ekstraklasy, potyczce Wisły z Zawiszą Bydgoszcz. Przy kufelku jasnego pełnego kibice nadal wracają do tego wyjątkowego meczu. Prawdopodobnie za chwilę ich uwagę zaprzątnie najważniejsza piłkarska impreza roku EURO 2016, po której w zasadzie z marszu na boiska ligowe wrócą piłkarze ekstraklasy. Zanim jednak zaczniemy emocjonować się nowym sezonem spróbujmy przypomnieć wzruszenia z przeszłości.
Przez dziesiątki lat żaden płocczanin o zdrowych zmysłach nawet nie marzył o Wiśle w ekstraklasie. Sygnałem, że klub rozwija się prawidłowo i planuje zamieszać na szczeblu wyższym niż mazowiecki był awans do II ligi w roku 1980. Wprawdzie nie umieliśmy na dłużej zagrzać w niej miejsca, ale ostatecznie na początku kolejnej dekady ugruntowaliśmy pozycję drugoligowca. Od elity nadal jednak dzieliła nas przepaść.
I wreszcie nadszedł pamiętny sezon 93/94. Jako trener zaczął go Włodzimierz Małowiejski, który mniej więcej w połowie rundy jesiennej został zastąpiony przez Grzegorza Wenerskiego. Nowy szkoleniowiec, znany wcześniej jako zawodnik Wisełki, nadał zespołowi absolutnie nowe oblicze i po kilku miesiącach Petrochemia (pod taką nazwą występowaliśmy wówczas w rozgrywkach) zapukała do wrót niebios.
W losowaniu beniaminek nie miał szczęścia i wbrew utartym zwyczajom ligowy debiut rozegrał na wyjeździe. W miejscowości, której położenia dzisiaj nie zna prawie nikt. Ale w latach dziewięćdziesiątych w ekstraklasie funkcjonował Sokół Pniewy, rozsławiając na cały kraj nazwę niewielkiego wielkopolskiego miasteczka. A i tak znacznie większego niż Nieciecza, w której gościliśmy niedawno i wkrótce zagościmy ponownie. Zaletą gry w tak niewielkich miejscowościach jest łatwość znalezienia stadionu, co w dobie przed powszechnym zastosowaniem GPS wcale nie było łatwe.

Płockim kibicom sztuka się udała i na obiekcie Sokoła pojawili się w liczbie około 50. Niektórzy, jak przystało na przedstawicieli Książęcego Płocka przyjechali kabrioletem. Maluchem kabrioletem, ma się rozumieć. Zagłuszenie miejscowych nie przedstawiało trudności nawet niespecjalnie licznej grupie, więc doping towarzyszył grze tylko naszych piłkarzy. A zaczęli całkiem nieźle. W pierwszym kwadransie bardzo dobrą okazję do zdobycia bramki miał świeżo pozyskany Rafał Siadaczka, ale jego strzał poszybował ponad poprzeczką. Później było już gorzej. Górę wzięło doświadczenie ogranych w lidze pniewian, z których oczywiście nikt w Pniewach nie mieszkał ani jednego dnia. Zagrożenie pod naszą bramką sukcesywnie rosło. O wyniku przesądziła ostatnia akcja pierwszej części spotkania. Zmierzającą do bramki piłkę po strzale Zenona Burzawy ręką zatrzymał Krzysiek Kwasiborski, więc gospodarze dostali rzut karny. Pewnym wykonawcą okazał się Burzawa. Co nie udało mu się z gry, osiągnął z karnego.
Sybisowi, którego interwencję należy usprawiedliwić nie udało się dograć do końca. Drugą żółtą dostał ponownie za zagranie ręką na kilka minut przed końcem meczu. Wisła rzuciła się do ataku i zostawiła Sokołowi miejsce do kontr. Po jednym z przechwytów futbolówka nieuchronnie zmierzała do samotnego Tomasza Rząsy (w późniejszym czasie wielokrotnego reprezentanta Polski), więc Krzysiek chwycił ją ręką, by uchronić kolegów przed drugim golem. Ostatnie minuty pojedynku oglądał więc zza ogrodzenia. Z pewnością innego debiutu w ekstraklasie oczekiwał nasz lewonożny wychowanek. Jego koledzy również. Absolutny debiutant zapłacił w Pniewach frycowe, ale i tak pięćdziesięcioosobowa grupa naszych kibiców na zawsze zapamięta ekstraklasowy „pierwszy raz”. Porażka tej przygody nie zepsuła, chociaż z pewnością wydatnie zmniejszyła sprzedaż napojów na trasie Pniewy – Płock.
Od pamiętnego wyjazdu minęło ponad dwadzieścia lat a płocczan po raz kolejny czeka inauguracja ekstraklasy. Na szczęście nie w Pniewach.
Na kolejne wspomnienia zapraszamy niebawem...