Aktualności » Wiślacki Wehikuł Czasu #4
19-06-2016r.

 

W ramach cyklu artykułów „Wiślacki Wehikuł Czasu” przypominamy wydarzenia związane z wcześniejszymi ważnymi występami Wisły w ekstraklasie. Tym razem trochę o wyjazdowej bolączce.

 

Ekstraklasową przygodę Wisła rozpoczęła od opisanego w poprzednim odcinku „Wehikułu” wyjazdowego, przegranego meczu z Sokołem Pniewy. Bez punktów wracaliśmy niestety z większości meczów na obcych boiskach. To właśnie wyjazdowa niemoc kilka razy uniemożliwiła Nafciarzom skuteczną walkę o utrzymanie się w najwyższej lidze.

 

Statystyki są brutalne. W debiutanckim sezonie Wisła poza Płockiem wygrała tylko raz. Komplet punktów wywalczyliśmy w Poznaniu z najsłabszą w lidze Wartą. Na trzy trafienia Rafała Siadaczki gospodarze odpowiedzieli honorowym golem Piotra Prabuckiego, który kilka lat później zagrał w naszych barwach. Oprócz tego zwycięstwa na wyjazdach płocczanie zanotowali siedem remisów oraz dziewięć porażek. Łącznie do Płocka przywieźliśmy dziewięć (w sezonie 94/95 za zwycięstwo przyznawano dwa, za remis jedno oczko) punktów z trzydziestu wywalczonych w całym sezonie. Ligowy byt zapewniało zaledwie jedno oczko więcej. Nawet minimalnie większa zdobycz wyjazdowa dawała realizację celu. A okazji nie brakowało. Najbliżej byliśmy... po raz kolejny w Poznaniu. Do dziewięćdziesiątej minuty prowadziliśmy z Olimpią 1:0. W ostatniej akcji spotkania wyrównał Piotr Burlikowski odbierając Wisełce niemal pewny triumf. Innym razem, na swoim ukochanym stadionie w Zabrzu trener Wisły Hubert Kostka prowadził ponad godzinę po  bramce Marcina Gocejny. Na trzy minuty przed końcem dość przypadkowo trafił Piotr Brzoza odbierając Kostce radość z wygranej z klubem, którego jest legendą. Oczywiście, gdy do szczęścia zabrakło zaledwie jednego maleńkiego punkciku, można znaleźć mnóstwo zmarnowanych szans, ale bez wątpienia słabość Wisły na wyjazdach miała dla ostatecznych rozstrzygnięć kolosalne znaczenie.

 

Jeszcze gorzej było po kolejnej promocji. W sezonie 97/98 Wisła zanotowała katastrofalny bilans wyjazdowy. Trudno wprost uwierzyć, że stać nas było tylko na pięć remisów i dwanaście porażek. Raków Częstochowa, który w końcowej tabeli miał ponad dwadzieścia punktów straty do Wisły potrafił dwukrotnie wygrać na wyjeździe. Niestety, również w Płocku, wykorzystując jedyną, podkreślamy JEDYNĄ, bramkową okazję jaką w tym meczu stworzył. Na niezwykle skromną zdobycz Wisełki złożyły się remisy z GKS Katowice, Lechem Poznań, Górnikiem Zabrze, Odrą Wodzisław i Amiką Wronki. Najbliżej wygranej byliśmy w Wodzisławiu Śląskim, ale Paweł Miąszkiewicz nie wykorzystał rzutu karnego i skończyło się bez goli. Z karnego nasz filigranowy pomocnik nie trafił, ale sam zapewnił dwa wyjazdowe remisy. Najpierw z Lechem gdy dwukrotnie pokonał z rzutów wolnych Roberta Mioduszewskiego i we Wronkach, gdy po raz kolejny z wolnego trafił w samo okno bramki Jarosława Stróżyńskiego. Jak widać łatwiej Małemu strzelało się z wolnych niż karnych. Tym razem do bezpiecznej lokaty Nafciarzom zabrakło pięciu punktów. Spadek wobec tragicznego bilansu meczów wyjazdowych nie powinien nikogo dziwić.

 

Dwie próby zadomowienia się w elicie zakończyły się fiaskiem. Ale liga na tyle spodobała się w Płocku, że władze klubu i jego ówczesnego właściciela PKN ORLEN pragnęły jak najszybciej do ekstraklasy powrócić. Sztuka udała się błyskawicznie i do rozgrywek 1999/2000 Petro zakwalifikowało się pod wodzą Jerzego Kasalika. Tym razem płocczanom udało się zająć bezpieczne miejsce w tabeli, ale nadal piętą achillesową były wyjazdy. W zmniejszonej do szesnastu drużyn lidze na obcych stadionach zagraliśmy piętnaście razy ustanawiając klubowy rekord dwóch zwycięstw. W Wodzisławiu z Odrą i w Łodzi z ŁKS-em, który zaledwie dwa lata po zdobyciu mistrzostwa Polski spadł z hukiem do drugiej ligi. Do dwóch wygranych doszedł jeszcze remis ze Stomilem Olsztyn. Nadal więc, chociaż udało się po raz pierwszy pozostać w lidze, nasze „osiągnięcia” na boiskach rywali były słabiutkie.

 

Zaprzeczeniem teorii, w myśl której o degradacji Nafciarzy była słaba postawa na wyjazdach był sezon 2000/01. Ustanowiliśmy kolejny klubowy rekord. Trzy wygrane poza Płockiem. I to z nie byle kim, Groclinem, Śląskiem Wrocław i mistrzem Polski Wisłą Kraków. Remisy z Legią, Ruchem Chorzów i GKS Katowice dały łączną zdobycz dwunastu oczek na obcych stadionach. Pokonaliśmy magiczną granicę 10 oczek, ale w lidze nie pozostaliśmy. Tym razem zawiedliśmy przy Łukasiewicza 34.

 

W najlepszych dla Wisły latach 2002-2006 zanotowaliśmy wyraźny wzrost „przychodów” z meczów wyjazdowych. Wprawdzie nasze najlepsze osiągnięcie – 13 punktów w sezonie 2004/05 z nóg nie zwala, ale pamiętajmy, że wówczas w ekstraklasie grało zaledwie 14 drużyn, co oznacza, że poza domem rozegraliśmy o cztery mecze mniej niż w okresie gdy liga była najliczniejsza. Nic dziwnego, że poprzedniej dekadzie stać było Nafciarzy na czwarte i piąte miejsce w gronie najlepszych.

 

Wyjazdowy demon powrócił w rozgrywkach 2006/07. Ponownie zanotowaliśmy jednocyfrową zdobycz, na którą złożyło się sześć remisów oraz triumf w Szczecinie z Pogonią. Tyle, że szczecinianie przegrywali praktycznie z każdym i wygrana z nimi była wpisana w ligową tabelę z automatu. Tak skromny dorobek mógł oznaczać tylko jedno. Powrót, po pięciu latach, na zaplecze ekstraklasy. Po raz kolejny zabrakło odpowiednich wyników na terenie rywali.

 

Przez lata Wisła postrzegana była jako drużyn własnego boiska. Powyższe zestawienie pogląd ten potwierdza, podkreślając znaczenie każdej, nawet drobnej, wyjazdowej zdobyczy. Wielokrotnie jej  brakowało. Czy, idąc śladem naszych ekstraklasowych potyczek, musimy ponownie drżeć przed każdym meczem poza Płockiem? Ależ skąd! Nic, na szczęście, nie trwa wiecznie. Od kilku lat notujemy systematyczny awans w hierarchii rodzimego futbolu na co składa się także progres wyników na wyjazdach. Pod wodzą Marcina Kaczmarka w ciągu czterech ostatnich lat Wisła zdobyła 254 ligowe punkty. 128 u siebie i 126 na wyjeździe. W najlepszym, biorąc pod uwagę suche liczby, sezonie 2014/15 do Płocka przywieźliśmy z obcych stadionów aż 40 oczek na 51 możliwych. Wynik zaiste  wyjątkowy, niezależnie od szczebla rozgrywek.

 

Oczywiście nie ma żadnego przełożenia naszych dobrych w minionych czterech latach wyników spotkań wyjazdowych na to co czeka nas od połowy lipca. Poziom trudności wzrośnie niewyobrażalnie. Ale można ze sporym prawdopodobieństwem przyjąć, że tytułowa wyjazdowa bolączka, będąca wieloletnim fatum Wisły jest już historią. Aby spokojnie zadomowić się w ekstraklasie należy zrobić wszystko by już nigdy nie powróciła.

 

Obiecujemy, że kolejny artykuł cyklu będzie optymistyczny!