
Ani się obejrzymy, a na boisko w pierwszej kolejce ekstraklasy wybiegną piłkarze Wisły Płock i Lechii Gdańsk, którym przypadł w udziale zaszczyt inauguracji startującego 15 lipca sezonu. W „Wiślackim Wehikule Czasu” przypomnieliśmy już pierwszy, historyczny mecz płocczan na najwyższym szczeblu. Dzisiaj odtworzymy wszystkie spotkania, które otwierały kolejne sezony w polskiej futbolowej elicie.
Rozegranemu ponad dwadzieścia lat temu pojedynkowi w Pniewach poświęciliśmy oddzielny artykuł. Absolutny debiut w gronie najlepszych zakończył się porażką 0:1, ale i tak dla grających w tym meczu piłkarzy i płockich kibiców, którzy mieli szczęście bój z Sokołem oglądać, był przeżyciem wyjątkowym. I takim pozostanie, niezależnie od czekających nas jeszcze w kibicowskim życiu emocji.
Nieudany był także start następnego sezonu Wisły w ekstraklasie. Płocki beniaminek na zapleczu elity ogrywał jak chciał niemal wszystkich rywali i w starciu z Rakowem Częstochowa był z pewnością faworytem. Przebieg gry potwierdzał przypuszczenia i przez dziewięćdziesiąt minut trwało oblężenie częstochowskiej bramki. Tyle, co pokazuje nasza historia, Częstochowy nie zdobywa się łatwo. I, chociaż przewaga Wiślaków była w tym meczu miażdżąca, komplet punktów zgarnął Raków. Rozpoczynający pracę w Płocku Bobo Kaczmarek miał kwaśną minę, w radosnym nastroju był za to bardzo do dzisiaj lubiany w naszym mieście Hubert Kostka, którego piłkarze dzięki dosłownie jednej akcji ofensywnej zgarnęli pełną pulę.
Inauguracyjny bilans płocczan pod nazwą Petrochemia był na tyle słaby, że po kolejnym awansie postanowiono przemianować klub na Petro. Sztuczka ze zmianą nazwy okazała się skuteczna. Płocczanie w rozpoczynającym sezon 99/2000 meczu z Ruchem Chorzów potrafili bezbramkowo zremisować z Ruchem Chorzów. Chorzowianie zajęli wówczas trzecie miejsce w ekstraklasie, wynik należy więc ocenić co najmniej dobrze.
Sprytny manewr ze zmianą nazwy kontynuowano w rozgrywkach 2000/01. Tym razem na boisku pojawili się piłkarze Orlenu Płock. I po raz pierwszy w historii ekstraklasowy sezon zaczęli od zwycięstwa. Na odnowionym i wyposażonym w znane wcześniej tylko z telewizji sztuczne oświetlenie stadionie podejmowaliśmy Groclin Grodzisk Mazowiecki. Gol Jarka Maćkiewicza sprawił sześciotysięcznej widowni ogromną frajdę i dał nadzieję na trwałe zadomowienie się w elitarnym towarzystwie. Złudne. Wprawdzie na inaugurację wygraliśmy, ale z ligi spadliśmy, choć na papierze nasz zespół prezentował się naprawdę dobrze.
Po rocznej karencji w II lidze powróciliśmy na szczyt. Sprawdzona metoda zmiany znowu zadziałała jak czarodziejska różdżka. W przeciwieństwie do poprzednich roszad, o zmianie szyldu nie zdecydował właściciel klubu, ale ogół kibiców w ogłoszonym przez klub plebiscycie. Około trzech czwartych głosów uzyskała nazwa Wisła i klub powrócił, za zgodą PKN ORLEN S.A., do tradycyjnej i najbardziej przez sympatyków lubianej marki Wisła. W spotkaniu inauguracyjnym podejmowaliśmy GKS Katowice. Goście objęli prowadzenie, ale wyrównał Marcin Janus i podzieliliśmy się punktami. Po meczu zarówno Jan Żurek, szkoleniowiec gości, jak i Mieczysław Broniszewski byli jednakowo… niezadowoleni. W sumie w zawodzie trenera normalka, chociaż zdarzają się mecze, po których trenerzy są jednakowo… zadowoleni. Taka branża.
Sezon 2003/04 zaczęliśmy na stadionie beniaminka z Łęcznej i na własne życzenie przegraliśmy. Przypomnijmy skład: Jakub Wierzchowski, Marcin Wasilewski, Dariusz Gęsior, Dariusz Romuzga, Marcin Janus, Maciej Terlecki (Nikołaj Branfiłow), Ariel Jakubowski (Radosław Matusiak), Aidas Preiksaitis, Grażvydas Mikulenas (Vahan Gevorgyan), Andrzej Kobylański i Ireneusz Jeleń. Reprezentant goni reprezentanta. Nic dziwnego, że Górnik zaczął spotkanie bojaźliwie. Do czasu. Gdy po pół godzinie czerwoną kartkę dostał Kobylański gospodarze poczuli krew. Jeszcze przed przerwą objęli prowadzenie, a w drugiej części dołożyli jeszcze dwa gole. My odpowiedzieliśmy bramką Wasyla, ale z Łęcznej wracaliśmy na tarczy. Decydujące dla losów spotkania było wykluczenie Kobyły, przyznać jednak należy, że gospodarze umieli skorzystać z zaoferowanej przez płocczan szansy.
Wyjątkowo bezbarwna była kolejna inauguracja. W rozgrywkach 2004/05 zaczęliśmy przy Ł34 z Górnikiem Zabrze. Zabrzanie ograniczyli się do przeszkadzania Wiśle, za cel stawiając sobie bezbramkowy remis. Plan zrealizowali skutecznie, neutralizując nasze rachityczne ataki. Jedyną naprawdę groźną okazję koncertowo zmarnował Arkadiusz Klimek, co zresztą było jego specjalnością. Mimo pewnego rozczarowania w pierwszym meczu sezonu, rozgrywki zakończyliśmy na najwyższym w dziejach czwartym miejscu, kwalifikując się do Pucharu UEFA.
W pucharach zagraliśmy również w następnym sezonie. W 2006 roku Wisła odniosła swój największy sukces – sięgnęła po Puchar Polski. W lidze było gorzej – zaledwie jedenaste miejsce. Ale i tak wszyscy rok 2006 wspominamy jako wyjątkowy, bowiem do krajowego pucharu dorzuciliśmy jeszcze Superpuchar wywalczony w jaskini lwa, czyli przy Łazienkowskiej, gdzie ani wcześniej, ani później, nie umieliśmy zwyciężyć. Zanim jednak doszło do decydujących rozstrzygnięć, rozegraliśmy spotkanie inauguracyjne. Za rywala komputer wylosował nam szczecińską Pogoń, która dość pewnie, po bramkach Claudio Milara i Ediego Andradiny wysłała Wisłę w długą podróż do Płocka.
Zdecydowanie bliżej korzystnego rezultatu byliśmy w ostatnim z omawianych dzisiaj spotkań. Rozgrywki 2006/07 zaczęliśmy na stadionie Kolejorza. Na kwadrans przed końcem prowadziliśmy 2:0, na trzy minuty przed ostatnim gwizdkiem 2:1. A jednak po stronie zdobyczy - nul. W końcówce daliśmy sobie wbić trzy siatki po błędach obrony niegodnych poziomu ekstraklasy. Stanu psychicznego trenera Josefa Csaplara nie trzeba przypominać. Był po prostu w siódmym niebie. Zmarnowaliśmy niepowtarzalną szansę na poprawienie słabiutkiego bilansu meczów otwarcia.
Zestawienie powyższe jest brutalne- Wisła nie umie grać na inaugurację. Zaledwie jedna wygrana we wszystkich spotkaniach zaczynających ekstraklasę. Ilości porażek nie podajemy. Na szczęście w naszym klubie nie ma już nikogo, kto pamiętałby inauguracyjne fatum i obawy przed Lechią nie czujemy. Tym bardziej, że chłopcy Marcina Kaczmarka to eksperci w łamaniu wszelkich tabu.