Aktualności » Andrzej Krzyształowicz: Piłkarz co tydzień musi zdawać egzamin
4-09-2016r.

Kilkanaście lat w ekstraklasie, a potem ścieżka trenerska. Większość czasu spędził w Polsce, ale w swoim CV ma też pracę u boku Macieja Skorży w Arabii Saudyjskiej czy w akademii Manchesteru City. Mówi, że bramkarz numer jeden musi co tydzień zdawać egzamin pod tytułem „ekstraklasa”  i że piłkarze 15 lat temu byli lepsi technicznie. Poznajcie Andrzeja Krzyształowicza, trenera bramkarzy Wisły Płock. 

 

Był Manchester, Arabia Saudyjska, a teraz Płock. Dość różnorodnie. 


Andrzej Krzyształowicz: Praca za granicą z całą pewnością inspiruje każdego człowieka, a tym bardziej trenera na dorobku. Oferta pracy w akademii tak wielkiego klubu jakim jest Manchester City była niesamowitym bodźcem dla mnie. Mogłem poznać model i strukturę pracy z młodzieżą od podstaw. Miałem okazję pracować u boku świetnych trenerów, zyskałem szerszy pogląd na wprowadzanie młodych zawodników do dorosłej piłki.

 

Jeśli chodzi o Arabię… Maciek Skorża jest człowiekiem, którego nie trzeba nikomu przedstawiać. To było jeszcze przed wylotem do Manchesteru. Zaprosił mnie do współpracy, skorzystałem z oferty. Przez niecały sezon miałem przyjemność współpracy z naprawdę wybitnym trenerem w Polsce. Myślę, że w niedalekiej przyszłości jego model pracy odciśnie swoje piętno na zagranicznym klubie. W mojej ocenie jest trenerem kompletnym, choć pewnie sam by temu zaprzeczył. Ma swobodę komunikacji w kilku językach, jest świetnym menadżerem. Nie mam wątpliwości, że go na to stać. 

 

Arabia Saudyjska to dość egzotyczny kierunek. Jeszcze niedawno w świadomości przeciętnego kibica taki kraj był raczej uznawany za piłkarski zaścianek. 

 

Absolutnie nie możemy tak myśleć. To kraj zupełnie inny kulturowo – bardzo ortodoksyjny. Trzeba to zobaczyć, by w pełni zrozumieć. Trzymają się zasad, obowiązujących w swojej religii. To trudny kraj do życia dla Europejczyków. Zupełnie inaczej wygląda funkcjonowanie w takim kraju, Arabia de facto nie dopuszcza turystów. Mieliśmy jednak jasny cel, mogliśmy pracować z „ekstraklasowym” zespołem, który grał także w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Wyśmienita odskocznia, żeby zobaczyć w życiu coś nowego. Pewnie gdyby nie ta oferta Maćka,  nigdy bym się w tym rejonie świata nie znalazł. Teraz mogę się cieszyć faktem, że miałem taką możliwość, poznać z bliska inną kulturę. Czy chciałbym w niej na dłużej funkcjonować? Na pewno nie, to bardzo skomplikowane dla Europejczyków. Cieszę się, że jestem bogatszy o nowe doświadczenie, ale też że wróciłem do „naszej” piłki. 

 

Niewielu trenerów może pochwalić się pracą za granicą, a już na pewno nie w Arabii Saudyjskiej. Zwiedził pan już kawałek świata. Gdzie się pan czuje najlepiej?

 

Nie będę oryginalny – czuję się świetnie, w każdym miejscu, gdzie mam możliwość rozwoju zawodowego. Dziś jest to Wisła Płock i jest bardzo dobrze. Wszystkie warunki, konieczne do mojego rozwoju, są spełnione. Mamy bardzo ciekawy sztab młodych i głodnych sukcesu trenerów. Oferta ze strony Marcina Kaczmarka była bardzo kusząca i chciałem z niej skorzystać. Przez trzy sezony pracowałem z Maćkiem Skorżą, ale ze względu na swoją sytuację rodzinną raczej w tym roku nie podejmie pracy. Rozmawiałem z nim, jest zadowolony, że pracuję na szczeblu ekstraklasy, bo tych miejsc jest niewiele.

 

Konsultował pan swoją decyzję o przenosinach do Płocka z Maciejem Skorżą? 

 

Tak i obie strony to zaakceptowały. Ze strony Maćka była pełna tolerancja. To było dla niego oczywiste, że przyjmę ofertę. Po okresie pracy w Poznaniu pracowałem wraz z synem, również Maciejem, w naszej akademii bramkarzy na Mazowszu, ale praca w seniorskiej piłce to zupełnie coś innego. Brakowało mi uczucia bycia w szatni i atmosfery meczu o stawkę. To część mojego życia.  Nie będę też ukrywał, że chwile jakie przeżyłem w trakcie trzynastu miesięcy spędzonych w Lechu Poznań, są jak dotąd najbardziej owocne w mojej pracy i mogą tylko motywować, by znowu znaleźć się przynajmniej w tym samym miejscu, co rok temu. 

 

Rozumiem, że warunki w klubie są dobre. A jak się panu podoba Miasto Płock?


Bardzo mnie zaskoczyło. Miasto infrastrukturalnie się rozwija. Kiedy bywałem tu, głównie na stadionie, przy okazji meczów ligowych, nie miałem tak dobrego wyobrażenia o tym co się dzieje w mieście. Centrum, Starówka, wybrzeże – dają tyle uroku Płockowi, że czuję się tu świetnie. 

 

W tym sezonie Wisła wraca na szczebel ekstraklasy i z pewnością dla wielu osób w klubie jest to coś nowego. Myślę, że wszyscy pracownicy myślą podobnie jak my i dążą do ciągłego rozwoju i chcą podnosić poziom organizacyjny struktury klubu. To dobry czas, żeby podglądać i uczyć się od lepszych od nas. Cieszę się, że taki kierunek tu zaczyna funkcjonować.  

 

W kadrze mamy czterech bramkarzy. Podobnie w jak w poprzednim sezonie, numerem jeden jest Seweryn Kiełpin. 

 

Bez wątpienia Seweryn swoją postawą ,w pełni zasłużył na tę szansę. Żaden rozsądny trener jednak, nie zapewni bramkarzowi miejsca w składzie na cały sezon niezależnie od jego sportowej dyspozycji. Żeby utrzymać swoją pozycję w zespole, co tydzień trzeba zdawać egzamin pod tytułem Ekstraklasa. Tam trzeba sprzedawać swoją wartość, to najbardziej wymierny wykładnik wartości zawodnika, który ma się znaleźć między słupkami. Jak już mówiłem, Seweryn grał bardzo dobrze na szczeblu I ligi, więc ma okazję prezentować swoje umiejętności w Ekstraklasie. Jego konkurenci przyjmują to do wiadomości, ale gorąco wierzę, że tego nie akceptują. Rywalizacja trwa, muszą naciskać Sewcia, żeby dawać stale impulsy trenerom, byśmy mogli się zastanawiać czy rzeczywiście nasz wybór bramkarza jest optymalny. Na tę chwilę Seweryn daje nam jakość, która nas satysfakcjonuje, ale też w każdym meczu musi potwierdzać, że to jemu należy się to miejsce, a nie gra za nazwisko „Kiełpin". 

 

Jak wygląda wybór pierwszego bramkarza w Wiśle Płock? Sztaby w klubach różnią się pod tym względem.

 

Jak dotąd, nie było żadnych rozbieżności pomiędzy Marcinem  a mną w kwestii obsady bramki. Moja opinia ma wpływ na decyzję, lecz ostateczna  i tak  zawsze należy do pierwszego trenera . Zawsze tak funkcjonowałem i nic się nie zmieniło. Marcin darzy mnie zaufaniem (śmiech) i w bardzo kompromisowy sposób decydujemy o nominacjach do pierwszej jedenastki. Nie inaczej jest z pozycją bramkarza. Taka forma współpracy bardzo mnie satysfakcjonuje, lecz wiem, że nie wszędzie relacje  w sztabie muszą być tak dobre. Bez wątpienia  mają one wpływ na komfort pracy. Na szczęście nas one nie dotyczą.


 

W 7 kolejkach straciliśmy 10 bramek, czyli około średniej ligowej. To dobry wynik jak dla beniaminka?


Jak największa liczba meczów na 0 z tyłu jest wykładnikiem poziomu bramkarza. Jego uczestnictwo w grze defensywnej jest bardzo duże, ale trzeba przyznać, że przy większości straconych bramek Seweryn miał niewielkie szanse na obronę. Zawsze trener będzie się też zastanawiał, czy bramkarz który gra, daje nam jakość. Dla mnie osobiście klasowy bramkarz potrafi wybronić dwa-trzy mecze w rundzie, jest ich bohaterem. Seweryn daje nam bardzo solidną pozycję w bramce, ale myślę że meczów na 0 mogliśmy zagrać więcej. Wierzę, że Seweryn najlepsze mecze ma dopiero przed sobą. 

 

Najlepszy bramkarz, z jakim pan współpracował? Jako zawodnik i jako trener. 

 

Moim szczęściem w nieszczęściu było to, że w kilku klubach w których miałem okazję występować, rywalizowałem z reprezentantami kraju. Bez cienia wątpliwości najlepszymi moimi konkurentami byli Artur Boruc i Łukasz Fabiański, z którymi rywalizowałem w latach 2003-2005 w drużynie Legii Warszawa. Był też 15-letni Wojtek Szczęsny, wówczas jeszcze zawodnik Agrykoli Warszawa, który bywał z nami na obozach przygotowawczych. Mimo  młodego wieku już wykazywał niesamowity talent. Każdy z nich był inny. Największa osobowość, z jaką współpracowałem, to z pewnością Artur. Psychika na światowym poziomie. Łukasz Fabiański doskonale przygotowany motorycznie, najlepszy technicznie bramkarz, jakiego widziałem. Wojtek Szczęsny również silny mentalnie, nieobliczalny. Taki chyba pozostał do dziś (śmiech). 

 

Natomiast w  pracy trenerskiej,  patrząc w hierarchii tego kto osiągnął najwięcej w piłce, to w Górniku Łęczna współpracowałem z 18-letnim Przemysławem Tytoniem i Piotrkiem Leciejewskim. Obaj dawali trenerom do myślenia , widzieliśmy w nich duży potencjał. Przemka wszyscy znamy doskonale, a Piotrek od sześciu lat nieprzerwanie gra w norweskiej ekstraklasie, dwa razy został  uznany najlepszym bramkarzem tej ligi. W trakcie swojej przygody współpracowałem też z Wojtkiem Kowalewskim czy Maciejem Mielcarzem. W Poznaniu był Jaśmin Burić, którego pracowitość bardzo ceniłem.


Jakie są najważniejsze cechy bramkarza drugiej dekady XXI wieku? Mówi się, że wzorem jest teraz Manuel Neuer, który często interweniuje tuż przy linii środkowej. 

 

Można ogólnie powiedzieć, jakie cechy powinien wykazywać bramkarz, ale to model gry zespołu jest ważny przy doborze bramkarza. Porównajmy dwie drużyny z Hiszpanii – Real Madryt i Barcelonę i mamy dwie różne filozofie gry. Barcelona wymienia mnóstwo podań, więc bramkarz powinien  rozgrywać piłkę nogami na bardzo wysokim poziomie, by skutecznie uczestniczyć w ataku pozycyjnym, utrzymując piłkę na własnej połowie. Trzeba być skutecznym w defensywie, ale wybitnym w ofensywie. Jeszcze niedawno takim bramkarzem był Victor Valdes, zastąpił go C. Bravo, a od tego sezonu duet Ter-Stegen i Cillessen. Czy są to wybitni bramkarze? Z pewnością tak. Neuer wyprzedza swoje czasy, pokazał model gry „szalonego” golkipera. Łączy wybitne zdolności w ofensywie i defensywie, a to niezwykle trudne. Jaki więc powinien być ten bramkarz? Skuteczny w defensywie i jak najlepszy w ofensywie (śmiech). Przykładem może być  charyzmatyczny Peter Schmeichel.


Czym się różni ta ekstraklasa, od tej, w której grał pan 15 lat temu?

 

Chciałoby się powiedzieć, że szybkością gry i z całą pewnością tak jest. Analizując dystanse, jakie przebiegają zawodnicy teraz i 10-15 lat temu to z pewnością tu jest różnica. Po wewnętrznej polemice, nie tylko w tym sztabie, doszedłem do jednego wniosku: czasy i system, w którym my funkcjonowaliśmy 10-15 lat temu sprawiał, że nasze pokolenie dużo więcej czasu spędzało na podwórku i to tam kształtowały się charaktery, ale też przygotowanie techniczne. Nie chcę tu absolutnie ujmować żadnemu z zawodników tej czy jakiejkolwiek szatni, ale z całym przekonaniem stwierdzam, że było wtedy na wyższym poziomie. Zawodnicy byli po prostu lepiej wyszkoleni technicznie. W każdym zespole ekstraklasy są piłkarze, którzy potrafią grać i piłka przy nodze im nie przeszkadza, ale lata temu było ich znacznie więcej.