Aktualności » Wiślacki Wehikuł Czasu #7
5-10-2016r.

Bijemy się w piersi. Nieco zaniedbaliśmy nasz cykl przypominający dawne dzieje Wisełki. Za usprawiedliwienie niech posłuży wysokie tempo rozgrywek w tym sezonie i związany z nim nawał codziennych obowiązków. Wykorzystujemy przerwę w rozgrywkach ligowych i odkurzamy stare dzieje, obiecując jednocześnie kolejny odcinek wehikułu już w następnym tygodniu.

 


Aż trudno uwierzyć, że w dotychczasowych wspomnieniach zabrakło miejsca dla kluczowych postaci w funkcjonowaniu każdego klubu piłkarskiego, ludzi bezpośrednio odpowiedzialnych za wyniki, czyli trenerów pierwszego zespołu. Dzisiaj nadrabiamy zaległości.

 


Absolutnie niepodważalne miejsce w wiślackiej galerii sław wywalczył sobie Grzegorz Wenerski. Jako pierwszy wywalczył z Wisłą awans do ekstraklasy w 1994 roku. Starsi kibice z pewnością od ręki wymienią innych równie wartościowych szkoleniowców z lat 70-tych i 80-tych, ale to Grzegorz osiągnął wynik, o którym w klubie wcześniej nawet nie marzono. W ekstraklasie rezultaty Wisły pod okiem Wenerskiego były… adekwatne do możliwości drużyny. Złożona niemal w całości z wychowanków ekipa nie została po awansie dostatecznie wzmocniona i po niezłym początku przyszło zderzenie z bezwzględną ligową rzeczywistością skutkujące zwolnieniem trenera po pierwszej rundzie. Topowa liga przerosła nieco płockiego beniaminka, za co utratą posady zapłacił oczywiście szkoleniowiec.

 

Grzeogrz Wenerski - fot. W. Sierakowski


Wenerskiego zastąpił doskonale znany i ceniony w polskim światku futbolowym Hubert Kostka, który w dorobku miał między innymi złoty medal olimpijski jako bramkarz niezapomnianej ekipy Kazimierza Górskiego. W płockim klubie wprowadził nowe porządki. Absolutnie wszystko podporządkowano drużynie, do czego nie wszyscy działacze byli przyzwyczajeni. Zmiana filozofii pracy w klubie wsparta zaciągiem dobrych zawodników nie dała jednak utrzymania w ekstraklasie. Mimo udanej rundy wiosennej zabrakło jednego punktu, a na ławce trenerskiej po raz kolejny zwolniło się miejsce.

 


Po dwuletnim pobycie w drugiej lidze do czołówki wróciliśmy w 1997 roku. Niezwykle rzadko zdarza się by trener, który awansuje do wyższej klasy nie dostawał szansy prowadzenia drużyny. Do takiej sytuacji doszło w Płocku. Leszek Harabasz, pod którego wodzą ponownie awansowaliśmy do ekstraklasy, nie posiadał jednak licencji wymaganej na tym szczeblu i pożegnał się ze stanowiskiem. W jego miejsce ponownie zatrudniono trenera „z nazwiskiem”, Bogusława Kaczmarka.

 

Bogusław Kaczmarek i Hubert Kostka - fot. W. Sierakowski


Trudno jednoznacznie ocenić pobyt Bobo w Płocku. Nie udało mu się utrzymać drużyny w lidze, co oczywiście trenerowi wystawia złe świadectwo. Ale obiektywnie trzeba przyznać, że ówcześni szefowie klubu niespecjalnie mu pomogli. Po raz kolejny zabrakło pieniędzy na stosowne do poziomu rozgrywek wzmocnienie składu. Sprowadzono, i to na wyraźne życzenie Kaczmarka, tylko jednego naprawdę wartościowego gracza, nieznanego wtedy Radosława Sobolewskiego. Sobol z miejsca stał się jednym z liderów zespołu, a po latach nawet ważnym ogniwem reprezentacji Polski. Bezdyskusyjną zaletą Kaczmarka była odwaga w stawianiu na młodych, nieopierzonych piłkarsko wychowanków. W tamtej Wiśle stałe miejsce na boisku miał nastoletni Paweł Sobczak, w ekstraklasie zadebiutował jeszcze młodszy Artur Kapela, a w treningach uczestniczył Vahan Gevorgyan. Ani wcześniej, ani później żaden szkoleniowiec nie dawał tak ochoczo szansy młodym piłkarzom. Szkoda, że akurat w Płocku taka strategia efektu nie przyniosła.

 


Okazji do prowadzenia zespołu w najwyższej lidze nie dostał Harabasz. Takiej szansy nie odmówiono kolejnemu trenerowi, który awans do elity wywalczył. Doświadczony Jerzy Kasalik nie tylko pokonał drugoligowych rywali w wyścigu o promocję, ale dostał także solidne wsparcie przy budowie teamu na potrzeby ekstraklasy. Imponował przygotowaniem… matematycznym. Przed rozpoczęciem sezonu zakładał zdobycz punktową w kolejnych spotkaniach. I rzadko się mylił, kto wie może minął się z powołaniem. Jednak umiejętność przewidywania wyników nie wystarczyła do długiego utrzymania posady. Na ironię losu Kasalik został zwolniony po jednym z najlepszych występów Wisły w historii – zwycięstwie z Legią 3:1. Kulisy zaskakującego odejścia nie są znane po dziś dzień, podobno decydujący wpływ miały złe relacje z prezesem klubu Krzysztofem Gawłowskim.

 

Jerzy Kasalik - fot. W. Sierakowski


Umiejący kalkulować Kasalik osiągnął wynik na miarę oczekiwań. Najpierw awansował, a później zostawił ekipę w górnej połowie tabeli elity. Nie da się tego powiedzieć o dwóch jego następcach, których potraktujemy wspólnie. Adama Topolskiego i Albina Mikulskiego nazwijmy bajkopisarzami. Idealni w dyskusji, nieco gorsi w pracy. Piłkarzy, przy akceptacji władz klubu ściągali na potęgę. Za ich czasów w drużynie zadebiutowali nawet Amerykanie. Grać może nie umieli, ale kolorytu z pewnością dostarczyli. Dodajmy kilkuosobowy zaciąg nigeryjski i mamy mieszankę z kilku kontynentów. Obydwaj pracowali w sezonie 1999/2000, rozpoczętym przez Kasalika, kontynuowanym przez Topolskiego i zakończonym przez Mikulskiego. Z sukcesem, bowiem Wisła po raz pierwszy w dziejach utrzymała się w lidze.

 


Trzech trenerów w jednym sezonie to niezły wynik. Ale nie rekordowy. Ten ustanowiliśmy rok później. Zaczął Albin Mikulski, ale wobec katastrofalnych rezultatów szybko miejsce na ławce oddał asystentowi Januszowi Kubotowi. Kilka meczów to za mało by oceniać tego szkoleniowca, tym bardziej, że od początku było jasne, że pracuje tymczasowo. W zimowej przerwie stery w Wiśle przekazano Dariuszowi Wdowczykowi, który pół roku wcześniej wywalczył z Polonią Warszawa mistrzostwo Polski. Walka o pozostanie w lidze różni się jednak od boju o mistrza i „Wdowiec” w nowej roli się nie odnalazł. Na dodatek kompletnie nie znalazł porozumienia z prezesem Krzysztofem Dmoszyńskim i jego kadencja w Płocku skończyła się zanim na dobre się zaczęła. Zespół w spadku odziedziczył asystent Wdowczyka Andrzej Wiśniewski. I chociaż intelektualnie swojemu poprzednikowi nie dorastał do pięt, to nafciarze nagle zaczęli wygrywać. Do realizacji celu zabrakło jednego zwycięstwa. Zdobycz Wiśniewskiego budzi uznanie, jednak strata z jesieni była zbyt duża, by ligę dla Płocka uratować.

 

Dariusz Wdowczyk - fot. W. Sierakowski


Po degradacji zadaniem płockiej drużyny był natychmiastowy powrót na salony. Sztuka się udała. Awans wywalczył doświadczony Mieczysław Broniszewski i dostał szansę poprowadzenia ekipy w elicie. Jesienią wszystko było ok. Niezła gra, miejsce w środku stawki i przede wszystkim odkrycie dla świata Irka Jelenia. „Kaszanka” w spokoju przygotowywał więc Wisłę do rundy rewanżowej. Coś poszło nie tak. W pierwszych siedmiu meczach wiosny zdobyliśmy zaledwie dwa punkty i los Broniszewskiego został przesądzony. Jego miejsce zajął Mirosław Jabłoński, który zaledwie dwa tygodnie wcześniej został wyrzucony z Amiki Wronki po… remisie z naszą Wisłą!

 


Zatrudnienie Jabłońskiego było bardzo dobrą decyzją. Pracował w Płocku kilka lat i właśnie pod jego kierownictwem płocczanie osiągnęli najlepsze wyniki w lidze. W 2005 czwarte, a rok wcześniej, piąte miejsce na najwyższym szczeblu. Wiślacy zagrali także w finale Pucharu Polski. Opanowany i kulturalny Jabłuszko był często uznawany za zbyt miękkiego w relacjach z drużyną, ale broni go wynik. Dzięki Jabłońskiemu z ligowego kopciuszka przekształciliśmy się w groźny dla każdego zespół. Kryzys przyszedł jesienią 2005 roku. Po kilku słabszych meczach zdecydowano rozstać się z Jabłońskim i ściągnąć do naszego miasta Czecha Josefa Csaplara.

 

Mieczysław Broniszewski - fot. W. Sierakowski


„Czapka” (tak trenera przezywali zawodnicy) zanotował największy jednorazowy triumf z Wisłą. Ograł wszystkich rywali w Pucharze Polski 2005/06 do czego dołożył Superpuchar zdobyty przy Łazienkowskiej. To dokonania nie do podważenia. Ale miał kłopoty w relacjach z drużyną. Szybko pokłócił się z kilkuosobową kolonią serbską, którą zastąpił swoimi rodakami. Niestety, umiejętności Czechów były niższe niż Serbów i Wisła zaczęła systematycznie obniżać loty. Ostatecznie pod koniec rozgrywek 2006/07 Csaplar wyleciał z pracy, a ligę w końcówce sezonu miał uratować Czesław Jakołcewicz. Nie udało się, ale nie wypada, wobec naprawdę krótkiego okresu pracy, oceniać tego szkoleniowca.

 


Przez kilka następnych lat tułaliśmy się po niższych ligach. A, że w wehikule koncentrujemy się na dawnych występach Wisły w ekstraklasie, więc ostatnie dziewięć sezonów pomijamy. Warto przypomnieć jedynie, że obecny trener jest z nami od lipca 2012 i już ustanowił klubowy rekord. Jeśli dalej będzie pracował tak skutecznie jak dotychczas, niebawem ustanowi także najlepszy wynik na poziomie ekstraklasy. Wszyscy, którym dobro Wisły leży na sercu powinni go w tym wyścigu dopingować.

 


Josef Csaplar - fot. W. Sierakowski