
Niesamowitą huśtawkę nastrojów zafundowali nam piłkarze Wisły w rozegranym miesiąc temu meczu ligowym z krakowską „starszą siostrą”. Zaczęli słabiutko i zanim zaczęli naprawdę poważnie przykładać się do obowiązków, przegrywali 0:2. W przerwie meczu nastąpiła cudowna metamorfoza i w drugiej odsłonie oglądaliśmy znakomicie grających nafciarzy. Płocczanom udało się odrobić straty i wydawało się, że ofensywnie grając, będą w stanie zainkasować pełną pulę. Niestety, błysk geniuszu Patryka Małeckiego dał wygraną gościom, którzy pod Wawel pojechali w świetnych humorach. Zwrotów akcji było w tym meczu tyle co w dobrym thrillerze. I właśnie takie spotkania, w których akcja zmieniała się jak w kalejdoskopie, pragniemy dzisiaj przypomnieć.
Podobnie jak w poprzednich częściach cyklu ograniczymy się do meczów w najwyższej lidze. I na plan pierwszy natychmiast wysuwa się mecz ... z Wisłą Kraków. 10 kwietnia 2004 roku zagraliśmy przeciwko Krakusom wyjątkowe spotkanie, które również wywołało kilkukrotną zmianę nastroju, ale o tym starciu szerzej pisaliśmy w „Czasie Wisły”, przypominamy jedynie wynik 4:4. Wiosną 2004 wynik 4:4 padł przy Łukasiewicza dwukrotnie. W takim samym stosunku zremisowaliśmy jeszcze z Lechem Poznań. I podobnie, jak z Wisłą, nastrój kibiców zmieniał się co kilka minut. Prowadzenie płocczan, wyrównanie gości, znowu prowadzenie, znowu remis. Gdy jednak na 5 minut przed końcem prowadziliśmy 4:2 zwycięstwo wydawało się pewne. Nic z tych rzeczy, Lech potrafił wyrównać zamieniając euforię kibiców w rozczarowanie.

Rafał Siadaczka - fot. W. Sierakowski
Całkowicie inaczej ocenialiśmy remis w pierwszym ekstraklasowym meczu w naszym mieście. Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy ŁKS. Gdy doświadczony rywal prowadził w końcówce 2:0 powoli żegnaliśmy się z marzeniami o wygranej. Ale, dopóki piłka w grze.... Nowy nabytek nafciarzy Rafał Siadaczka zdobył dwa gole i frustrację trybun przemienił w ogromną radość, chociaż mecz zaledwie zremisowaliśmy. Podział punktów we wspomnianym boju z ŁKS-em przyjęliśmy jak zwycięstwo. To jaka była reakcja w innym meczu z łodzianami rozegranym jesienią 2002 roku. Tym razem do Płocka przyjechał Widzew. Kilka lat wcześniej kibice obydwu drużyn oglądaliby ten mecz razem, jednak w obecnym stuleciu wyraźna niechęć zastąpiła przyjaźń pomiędzy fanami Wisły i Widzewa. Płocczanie, którzy ponownie grali w roli beniaminka ekstraklasy w trzech pierwszych spotkaniach sezonu nie umieli wygrać. I starcie z Widzewem także zaczęli kiepsko. Dość powiedzieć, że na 20 minut przed końcem na tablicy wyników widać było rezultat 0:2. Zapewne wszyscy już domyślają się, że wówczas nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Oczywiście, ale należy dodać, że jego sprawcą był nieznany szerszej publiczności debiutant, który właśnie pojawił się na boisku. Nazywał się Jeleń. Ireneusz Jeleń. Bramki Irek co prawda nie strzelił, ale rozbujał naszą grę tak, że na bramkę Widzewa sunął atak za atakiem. Trzy z nich, w tym jeden w doliczonym czasie, dały efekt i pewny siebie Widzewek pojechał do Łodzi w wisielczym humorze. Nasze trybuny dosłownie oszalały.
Kontynuując wątek widzewski wspomnieć także należy spotkanie z wiosny 2000 roku. Walcząca o utrzymanie ligi Wisła była w Łodzi skazywana na porażkę. I rzeczywiście, w drugiej części Widzew prowadził różnicą dwóch goli. Dwa szybkie trafienia Mariusza Nosala dały nam zaskakujący remis. Zaledwie na chwilę, bowiem dzięki Dariuszowi Gęsiorowi ponownie prowadzili gospodarze. I znów Petro umiało się podnieść. Niespodziewany remis 3:3 i wielka radość w obozie płocczan. Do ostatniej akcji meczu, niestety. Litwin Arturas Staśko w ostatniej minucie dał łodzianom wygraną 4:3 i z radości nici.
Jeszcze jedno starcie z Widzewem warte jest wzmianki. Po raz kolejny łodzianie dobrze zaczęli mecz w Płocku jesienią 2003 roku. Objęli prowadzenie, a do przerwy remisowali 1:1. Przy wyrównującej bramce Sławka Peszki miało miejsce decydujące dla dalszych losów meczu wydarzenie. Interweniujący bramkarz Widzewa doznał groźnej kontuzji i opuścił boisko. Gdy w 61.min z powodu kolejnego urazu z placu gry zszedł rezerwowy golkiper, goście znaleźli się w dramatycznej sytuacji. Między słupkami stanął obrońca Bogdan Zając, a nasi kibice ostrzyli sobie zęby na ostre strzelanie. Nic z tych rzeczy. Do 90.min utrzymywał się remis, na szczęście w doliczonym czasie zdobyliśmy dwa gole i odnieśliśmy zwycięstwo. Tym razem huśtawka nastrojów towarzyszyła głównie kibicom gości, którzy po początkowej radości, wpadli w taką wściekłość, że zniszczyli ponad sto krzesełek na naszym stadionie. Na szczęście były to jeszcze czasy, w których łodzian stać było na pokrycie kosztów naprawy szkód wyrządzonych przez swoich kibiców.

Mirosław Jabłoński - fot. W. Sierakowski
Wspomnienia zakończymy historyjką humorystyczną. W cytowanym już sezonie 2002/03 w rundzie wiosennej graliśmy we Wronkach. I, oględnie mówiąc, nie zaczęliśmy tego spotkania dobrze. Słaba gra i dotkliwe zimno spowodowały, że liczna grupa naszych sponsoro-kibiców postanowiła rozgrzać się nieco. Skutecznie na tyle, że drugą część spotkania oglądali lekko drzemiąc. A szkoda, bo Wisła strzeliła dwa gole i przegrane spotkanie zamieniła w remis. O zmianie nastrojów na trybunach ciężko jednak mówić skoro widownia przysypiała... Mecz skutkował zwolnieniem z funkcji trenera Amiki Mirosława Jabłońskiego, który kilka tygodni później trafił do Płocka. Nieprzewidziane są koleje trenerskiego losu.
Oczywiście, meczów których losy zmieniały się dynamicznie i ważyły do ostatniego gwizdka jest znacznie więcej. Przytoczyliśmy te najbardziej spektakularne, wierząc jednak, że mnóstwo emocjonujących dołączy do przytoczonych wyżej.