
Rozpoczynająca się w najbliższy weekend runda rewanżowa LOTTO Ekstraklasy jest idealną okazją do opublikowania kolejnego odcinka naszego cyklu, poświęconego dawnym występom Wisły Płock w ekstraklasie. Tym razem spróbujemy odświeżyć mecze Nafciarzy inaugurujące drugą część rozgrywek.
W dzisiejszej polskiej piłkarskiej rzeczywistości klasyczny podział na jesień i wiosnę całkowicie stracił sens. Znaczna część, przewidzianych na okres od marca do czerwca meczów, rozgrywana jest awansem w listopadzie i grudniu. Nasze wspomnienia zaczniemy jednak od czasów gdy wszystko było normalnie, połowa spotkań odbywała się jesienią, a druga część wiosną. Na początek więc, cofamy się do marca 1995 roku.
Debiut płocczan na najwyższym szczeblu w ligowej hierarchii nie należał do udanych. Nic dziwnego, że po rozegraniu pierwszej połowy spotkań, jedynym realnym celem Wisły była walka o zachowanie ligowego bytu. Niewiele lepiej radziła sobie ekipa Sokoła Pniewy, która była naszym pierwszym ligowym rywalem na wiosnę. Nasz zespół, po zatrudnieniu doświadczonego trenera Huberta Kostki i wzmocnieniu składu kilkoma naprawdę dobrymi piłkarzami był żelaznym faworytem inauguracji. Niestety, mimo wyraźnej dominacji, nie udało się zdobyć gola i musieliśmy zadowolić się jednym punktem. Dokładnie jednego oczka zabrakło później Petrochemii do utrzymania się w ekstraklasie. Ta inauguracja wiosny była, z całą pewnością, rozczarowująca.
Jeszcze bladziej zaczęliśmy wiosnę w sezonie 1997/98. Celem płocczan było ponownie pozostanie w elicie, co po całkiem przyzwoitej jesieni, wydawało się zadaniem absolutnie do wykonania. Zaczęliśmy jednak od poważnego falstartu. Porażka 0:1 w Częstochowie z Rakowem, który był wówczas absolutnym chłopcem do bicia, była sporym rozczarowaniem i z pewnością rzutowała na dalszą, nieudaną rundę wiosenną, zakończoną po raz kolejny degradacją. Ponownie start drugiej części sezonu był w wykonaniu Nafciarzy bardzo kiepski.
Do Ekstraklasy powróciliśmy po rocznej nieobecności. I, nareszcie, udało się w niej utrzymać. By tego dokonać, konieczne było zatrudnienie aż trzech trenerów. Zaczął Jerzy Kasalik, stery po nim przejął Adam Topolski, a skutecznie sezon kończył Albin Mikulski. Ale, chociaż podstawowy cel, czyli ligowy byt Petro (nazwa klubu obowiązująca w sezonie 1999/2000) umiała sobie zapewnić, to na inaugurację rundy wiosennej ponownie przegraliśmy. Tym razem oprawcą płocczan okazał się Ruch Chorzów, na którego trzy bramki odpowiedzieliśmy tylko honorowym trafieniem Vahana Gevorgyana.

fot. W. Sierakowski
Tradycję inauguracyjnych rundę wiosenną porażek przerwaliśmy wreszcie 10 marca 2001 roku. Wyjazdową wygraną nad Groclinem Grodzisk Wielkopolski zapewnili Jarosław Maćkiewicz i Mariusz Nosal. Gospodarzy stać było jedynie na gola Macieja Nuckowskiego. Ta wygrana w dystansie niewiele dała, bowiem Orlen (kolejna nazwa klubu) opuścił szeregi ligowców, chociaż cała runda wiosenna była naprawdę dobra. Pokonaliśmy między innymi mistrzowską Wisłę Kraków, czy stołeczną Legię. Na pocieszenie pozostało przełamanie fatum nieudanych meczów rozpoczynających rundę.
Przymusowa przerwa w grze w gronie najlepszych ponownie trwała tylko rok i w Ekstraklasie zameldowaliśmy się latem 2002 roku. Rozpoczął się najlepszy w historii okres płockiego klubu. Sezon 2002/03 zakończyliśmy na dziesiątym, absolutnie satysfakcjonującym, miejscu w tabeli. Ale, start wiosny, był oczywiście kiepściutki. I to niezależnie od tego, które spotkanie potraktujemy jako otwierające rundę wiosenną. Tak się bowiem złożyło, że kolejka szesnasta została rozegrana po siedemnastej. Zmianę terminów wymusiła ostra zima panująca w marcu. Nawet przestawienie kolejności rozgrywania meczów nie pomogło Wiśle. Przegrała bowiem pojedynek siedemnastej kolejki u siebie z Polonią Warszawa 0:1, a także kilka dni później w kolejce szesnastej w Katowicach z GKS-em 0:2. Na szczęście, w dalszej fazie rozgrywek, po zastąpieniu trenera Mieczysława Broniszewskiego Mirosławem Jabłońskim, nasza gra wyraźnie się poprawiła i stosunkowo spokojnie zapewniliśmy sobie ligowy byt.
Marsz Nafciarzy w górę ligowej hierarchii trwał w kolejnym sezonie. Rozgrywki zakończyliśmy na piątym miejscu, o czym przez lata płoccy kibice nawet nie marzyli. Wisła długo walczyła o miejsce dające start w europejskich pucharach, ale ostatecznie musieliśmy obejść się smakiem. Podobnie jak w meczu zaczynającym rundę wiosenną. 13 marca 2004 podejmowaliśmy Górnika Łęczna. Stwierdzenie, że spotkanie nie stało na olśniewającym poziomie byłoby niedopowiedzeniem roku. Na boisku nie działo się dosłownie nic, w związku z czym obydwa zespoły do swojego dorobku dopisały po jednym, absolutnie zasłużonym, punkcie.
Co nie udało się w 2004 roku, Wisła wywalczyła rok później. Dzięki czwartej lokacie w ekstraklasowej stawce zakwalifikowaliśmy się do rozgrywek Pucharu UEFA. Osiągnięcie podopiecznych Mirosława Jabłońskiego pozostaje najlepszym wynikiem płocczan w historii. Jednak inauguracyjnej klątwy nie udało się przełamać. Marcowy mecz w Zabrzu oczywiście przegraliśmy. Jedynego gola dla Górnika strzelił Czech Marcel Liczka.
W rozgrywkach 2005/06 po raz pierwszy wiosenne mecze rozegrano … jesienią. Z uwagi na start reprezentacji w Mundialu 2006 dwie wiosenne kolejki odbyły się awansem w listopadzie i grudniu. Wiśle niewiele to pomogło, bowiem po raz kolejny nie umiała odnieść zwycięstwa. Rozpoczynający rundę rewanżową pojedynek z Pogonią Szczecin bezbramkowo zremisowaliśmy. Jednym z najlepszych graczy tego spotkania był obrońca Portowców Paweł Magdoń, który całkowicie wyłączył z gry naszego asa Irka Jelenia. Postawa Magdonia na tyle przypadła do gustu trenerowi Josefowi Csaplarowi, że wiosną (mamy na myśli tę prawdziwą kalendarzową) przywdziewał już koszulkę Wisełki. Nafciarze rozgrywki zakończyli na jedenastej pozycji, ale w międzyczasie sięgnęli Puchar Polski co jest największym naszym osiągnięciem w niemal siedemdziesięcioletniej historii.
Po raz ostatni na najwyższym szczeblu graliśmy w sezonie 2006/07. Przedostatnie miejsce w tabeli i oczywista w tej sytuacji degradacja. Nie było również sukcesu na inaugurację wiosny. Do Płocka przyjechał poznański Lech i w pierwszej akcji spotkania objął prowadzenie. Wiśle udało się wyrównać za sprawą Tomaśa Došek, ale na więcej nie było nas stać i po raz kolejny start rundy rewanżowej nie przyniósł kompletu punktów.
Nie wiedzie się płocczanom w spotkaniach otwierających rundę. Tylko raz zwyciężyliśmy, co jednak nie dało efektu w postaci pozostania w ekstraklasie. Na szczęście, w ostatnich latach przełamaliśmy niejedno fatum i wierzymy, że stać nas na to także w sobotnim starciu z Lechią Gdańsk. Faworytem tego meczu będą rywale, ale pokazaliśmy już, że w starciach z teoretycznie silniejszymi bardzo dobrze sobie radzimy, czego i tym razem oczekujemy.