
fot. W. Sierakowski
Rozpoczynamy końcowe odliczanie do wyjazdowego meczu z Legią Warszawa. Już w piątkowy wieczór zagramy po raz pierwszy od lat w „jaskini lwa”. I chociaż prognoza pogody jest niekorzystna, to na stadionie z pewnością będzie gorąco, również dzięki naszym kibicom, którzy do stolicy wybierają się w rekordowej liczbie. W tym odcinku „Wiślackiego Wehikułu” przypominamy dotychczasowe występy Wisły przy Łazienkowskiej.
Po raz pierwszy na warszawskie boisko wybiegliśmy w październiku 1994 roku. Główny kandydat do mistrzowskiego tytułu pokonał płockiego beniaminka aż 3:0, chociaż dwa gole straciliśmy odpowiednio w przedostatniej i ostatniej minucie gry. O sile ówczesnej Legii niech świadczą nazwiska zdobywców bramek: Leszek Pisz, Jerzy Podbrożny i Marcin Mięciel. Wojskowi z roli faworyta rozgrywek wywiązali się bez zarzutu, my chociaż wiosną walczyliśmy dzielnie, spadliśmy do drugiej ligi.
Kolejną okazję do przywiezienia ze stolicy punktów dostaliśmy wiosną 98’ roku. Porażka 0:3 absolutnie nie odzwierciedla wydarzeń na boisku. Zanim straciliśmy pierwszego gola mogliśmy pokusić się o zdobycie dwóch bramek. Najpierw z rzutu wolnego w spojenie słupka z poprzeczką trafił Paweł Miąszkiewicz, a później z dwóch metrów w słupek bramki Legii strzelił Radosław Kowalczyk. W końcówce wyższość piłkarska gospodarzy przesądziła o wygranej, ale Petra zostawiła po sobie dobre wrażenie. Szkoleniowcem nafciarzy w tamtym sezonie był Bogusław Kaczmarek ojciec obecnego naszego trenera Marcina.

fot. W. Sierakowski
Bobo punktów ze stolicy nie przywiózł. Sztuka ta nie udała się także Adamowi Topolskiemu. Tym razem jednak skończyło się minimalną porażką 0:1. Gola zdobył Mięciel, który trafiał w każdym z trzech wspomnianych meczów. Smutek z powodu porażki trenerowi Topolskiemu osłodzili nieco kibice Legii, którzy powitali go chóralnie śpiewając :”Adam Topolski, najlepszy obrońca Polski”. Miłe powitanie byłego wieloletniego gracza stołecznej ekipy.
Tylko przez chwilę, w roli tak zwanego „strażaka” trenerem płockiego zespołu był Janusz Kubot. Ale to właśnie on jako pierwszy wywalczył przy Łazienkowskiej remis. Gola płocczanie zdobyli w swoim stylu, czyli po strzale Miąszkiewicza z wolnego. Wyrównał z jedenastu metrów Brazylijczyk Giuliano. Wreszcie wracaliśmy ze stolicy w lepszym humorze.
O kolejnym pojedynku, rozegranym w maju 2003 roku można napisać, że nie miał żadnego znaczenia. Zakończył się bowiem walkowerem dla Legii po tym jak na boisku w składzie Wisły pojawiło się sześciu obcokrajowców. Na szczęście, o ile można tak powiedzieć, i tak przegraliśmy 0:1 po strzale Tomasza Kiełbowicza.

fot. W. Sierakowski
Bliscy wywiezienia ze stolicy korzystnego wyniku byliśmy w następnym sezonie. Wprawdzie ostatecznie to Legia zwyciężyła 2:0, ale tylko dzięki znakomitemu zachowaniu obrońcy Dicksona Choto. W pierwszej połowie zmierzającą do pustej bramki piłkę po strzale Irka Jelenia, Choto zatrzymał niesamowitym wślizgiem, poprzedzonym nietypowym dla tego obrońcy sprintem. Zamiast futbolówki do bramki Legii wpadł jej zawodnik, co niestety, gola dla Wisły nie oznaczało. W drugiej części dwa trafienia zanotowali Jacek Magiera obecny trener warszawian i ex nafciarz Marek Saganowski.
Sagan był także autorem obydwu goli dla rywali w następnym spotkaniu przy Łazienkowskiej. W listopadzie 2004 roku przegraliśmy 1:2. Honorowe trafienie zaliczył Gruzin Mamia Jikija. Tamte rozgrywki zakończyliśmy na czwartym, najwyższym w historii Wisełki, miejscu w ekstraklasie.

fot. W. Sierakowski
W rozgrywkach 2005/06 również wracaliśmy z Warszawy na tarczy. Tym razem gospodarze trzykrotnie pokonali Kubę Wierzchowskiego. Spotkanie oglądało zaledwie pięciuset widzów z powodu protestu kibiców Legii wymierzonego we władze swojego klubu. Można ze sporym prawdopodobieństwem stwierdzić, że mieliśmy przewagę na trybunach, co, niestety, nie przełożyło się na wynik.
Po raz ostatni w meczu ekstraklasy na stadionie Legii zagraliśmy we wrześniu 2006 roku. I ponownie dostaliśmy w skórę. Na dodatek w rekordowych rozmiarach. Nasz bramkarz Robert Gubiec pięciokrotnie wyciągał piłkę z siatki, a mogło być jeszcze gorzej, gdyby Edson nie zmarnował rzutu karnego dla Legii. Dobrze, że w składzie Wisły nie ma żadnego zawodnika, który pamiętałby to przykre doświadczenie. Za to w ekipie wojskowych jest taki gracz. Już wtedy stołeczne barwy reprezentował Miroslav Radović do dzisiaj kluczowy piłkarz najbliższego rywala.
Tylko jeden punkt zdobyliśmy w dotychczasowych meczach w Warszawie. Brrr. Na szczęście, oprócz spotkań ligowych mieliśmy okazję zagrać w stolicy o Superpuchar w 2006 roku. Świeżo wywalczone mistrzostwo Polski stawiało Legię w roli faworyta. Ale, tym razem, górą byli nafciarze. Wynik z rzutu karnego otworzył Paweł Magdoń. Wyrównanie dał stołecznym Tomasz Kiełbowicz, ale decydujący cios zadał w końcówce Paweł Sobczak. Był to jedyny do tej pory triumf Wisełki na boisku możnego rywala.
Powyższe zestawienie jest dla naszego klubu niekorzystne, chociaż określenie „bezlitosne” znacznie lepiej oddaje dotychczasowy przebieg warszawskich meczów. W bieżącym sezonie również gramy o biegunowo różne cele. Wydaje się więc, że wywalczenie zwycięstwa w stolicy jest niemożliwe. Tyle, że, jak powiedział Napoleon Bonaparte „niemożliwe to słowo z języka głupców”. Z tą dewizą jedziemy do Warszawy.

fot. W. Sierakowski