
Koniec roku jest tradycyjnie okazją do szeregu podsumowań, analiz, plebiscytów. My również na stronie internetowej ogłosiliśmy właśnie konkurs na najładniejszą bramkę zdobytą przez Wisłę w jesiennej części rozgrywek LOTTO EKSTRAKLASY. Koniec roku zaakcentujemy także w najnowszym odcinku Wehikułu, tyle, że zamiast zabawy w plebiscyt przypomnimy sytuację Wisły na zakończenie tych lat, w których występowała w najsilniejszej lidze.
Po raz pierwszy do ścisłej czołówki płocczanie awansowali w 1994 roku. I szybko zaliczyli ciężki knockdown. Początek rundy był na tyle udany, że po dziewięciu spotkaniach w tabeli plasowaliśmy się na wymarzonym dwunastym miejscu. Niestety kolejne mecze, niemal w komplecie przegrane, zepchnęły nas na ostatnią, osiemnastą lokatę w stawce ówczesnych pierwszoligowców. Na koniec 94 roku po stronie zdobyczy Wisła miała dziesięć punktów, na które złożyły się dwa zwycięstwa i sześć remisów. Wymiana sztabu trenerskiego oraz sprowadzenie kilku doświadczonych i znanych graczy wyraźnie poprawiło naszą grę na wiosnę, ale efektu w postaci utrzymania w lidze nie dało.
Zdecydowanie lepiej zakończyliśmy nasz kolejny rok w ekstraklasie – 1997. Po pierwszej części rozgrywek na koncie Nafciarzy widniały dwadzieścia trzy punkty i idealnie zerowy bilans, po sześć zwycięstw i porażek oraz pięć remisów, co dało jedenaste miejsce w ekstraklasie. Aż dziewiętnaście oczek zdobyliśmy przy Łukasiewicza i właśnie niemoc w meczach wyjazdowych okazała się później gwoździem do trumny Wisełki. Nie potrafiliśmy w całym sezonie ani razu zwyciężyć na obcym boisku i mimo dobrej jesieni, ponownie nie udało się zachować ekstraklasy dla Płocka, chociaż po raz kolejny zajęliśmy najwyższą lokatę spośród drużyn zdegradowanych.
Całkiem dobrze płocczanie zakończyli rok 1999. Ekstraklasa została zmniejszona do szesnastu drużyn, więc jesienią rozegraliśmy o dwa spotkania mniej, niż we wcześniejszych startach. Dziesiąta pozycja z dziewiętnastoma punktami odzwierciedlała możliwości i oczekiwania naszego zespołu. Jesienią nie doznaliśmy żadnej porażki na własnym boisku i właśnie skuteczność w meczach domowych dawała dobrą pozycję wyjściową do rewanżów. Wiosna była nieco słabsza, ale ostatecznie, po raz pierwszy w historii, miejsce w elicie udało się utrzymać.
Rok później było znacznie gorzej, by nie powiedzieć fatalnie. Mimo naprawdę silnego, przynajmniej w teorii, składu, płocczanie zakończyli jesień na ostatnim miejscu w klasyfikacji. Trzy zwycięstwa, trzy remisy i aż dziewięć porażek to nasze wątpliwe dokonania. W tamtej rundzie straciliśmy także najwięcej goli ze wszystkich ligowców, a wśród wyników zdarzyły się takie wstydliwe przegrane jak 0:5 z Wisłą Kraków i 2:6 z Amicą Wronki. Obie przed własną publicznością. Nic dziwnego, że sezon zakończyliśmy kolejną degradacją do drugiej ligi.
Najwyższy czas na przyjemne wspomnienia. W znacznie lepszym humorze kończyliśmy rok 2002, nasz kolejny w ekstraklasie. Po piętnastu jesiennych starciach zajmowaliśmy dziewiątą pozycję w elicie z niezłym dorobkiem dziewiętnastu oczek. Oczywiście zdecydowaną większość wywalczyliśmy w Płocku, ale zanotowaliśmy także rekordowe – 4:1 wyjazdowe zwycięstwo z Pogonią w Szczecinie. Trzy bramki w tym spotkaniu zdobył mało jeszcze wówczas znany Irek Jeleń. Wiosną prezentowaliśmy się podobnie i ostatecznie zakończyliśmy rozgrywki na najlepszym wówczas i absolutnie bezpiecznym dziesiątym miejscu.
Decyzją piłkarskiej centrali, przed kolejnym sezonem ponownie zmniejszono ilość zespołów w ekstraklasie, co oznaczało, że jesienią 2003 roku Nafciarze rozegrali zaledwie trzynaście meczów. Niewiele, ale udanych. Dwadzieścia zdobytych punktów dawało szóste miejsce na półmetku rozgrywek. Po raz kolejny Płock był niezdobytą twierdzą. Na własnym boisku pięć razy wygraliśmy i tylko raz podzieliliśmy się punktami z Polonią Warszawa. Dobrą formę utrzymaliśmy w rundzie rewanżowej i ostatecznie finiszowaliśmy na piątym miejscu, o którym przez dziesięciolecia w Płocku nikt nawet nie śnił.
Piąta pozycja w elitarnym towarzystwie jest fajna. Ale czwarta jeszcze fajniejsza. I takie właśnie miejsce zajęliśmy na mecie rozgrywek 2004/05. Jednak na półmetku wyścigu byliśmy minimalnie pod kreską. Ósma lokata, o której dwa, trzy lata wcześniej mogliśmy jedynie marzyć, tym razem nie zaspokajała ambicji drużyny i kibiców. Decydujący wpływ na gorszy od spodziewanego wynik jesienią miały spotkania poza Płockiem, z których, przywieźliśmy zaledwie jeden skromniutki punkcik. Rozbujaliśmy się na wiosnę i awansowaliśmy ostatecznie na lokatę dającą udział w Pucharze UEFA. O sukcesie zdecydowała żelazna defensywa - w rundzie rewanżowej straciliśmy zaledwie dziesięć bramek. I, rzecz jasna, rajd Mitara Pekovicia z warszawskiego starcia z Polonią. Kto był, ten pamięta. Pozostałych odsyłamy do telewizyjnych archiwów.
Przed rozpoczęciem sezonu 2005/06 podjęto decyzję o powiększeniu ekstraklasy do 16 zespołów. Zdecydowano także, z uwagi na start reprezentacji Polski w niemieckim Mundialu, o rozegraniu jesienią dwóch kolejek z rundy wiosennej. Po raz pierwszy więc Wisła ligowe mecze rozgrywała w grudniu. Obydwa zresztą udane – 0:0 z Pogonią Szczecin i 4:0 z Polonią Warszawa. Grudzień, jak widać, nam służy. Pełny bilans siedemnastu mgnień jesieni wyniósł dwadzieścia jeden punktów, na które złożyło się sześć zwycięstw i trzy remisy. Wiosną drużyna i trenerzy skoncentrowali się na decydującej fazie Pucharu Polski, a w lidze po szybkim zainkasowaniu potrzebnej do utrzymania ekstraklasy liczby punktów, nastąpiło wyraźne rozprężenie i finisz na jedenastym miejscu, o dwie lokaty niższym pozycja po jesieni.
Po raz ostatni kończyliśmy rok jako drużyna elity dokładnie dziesięć lat temu. W marnym stylu. Jesienią w piętnastu meczach zdobyliśmy dziewięć punktów, z jedną zaledwie wygraną. Co prawda aż dziewięć razy graliśmy na wyjeździe ale i tak dla drużyny z ambicjami gry w pucharach był to rezultat niewybaczalny. Przekonaliśmy się dobitnie jak wielkie znaczenie dla funkcjonowania zespołu ma utrata kluczowego ogniwa, czyli w naszym przypadku Irka Jelenia. Żaden ofensywny zawodnik nie był w stanie go zastąpić. Wiosna była nieco lepsza, ale nie na tyle byśmy zachowali status ekipy ekstraklasy.
Powyższe podsumowanie pokazuje jak układały się losy Wisły na półmetkach ekstraklasowej rywalizacji. I chociaż można doszukać się pewnych analogii do bieżących rozgrywek, to pamiętajmy, że historia to tylko statystyczne zestawienie i żadnego wpływu na obecną naszą sytuację mieć nie może.