
Już niebawem do codziennych zajęć treningowych wrócą piłkarze Wisły. Od najbliższego poniedziałku zdecydowanie wzrośnie ilość codziennych informacji na temat przygotowań naszego zespołu do rozpoczynającej się w drugi weekend lutego rundy wiosennej. Zanim jednak Nafciarze zaczną intensywnie trenować ,mamy okazję częściej wspominać dawne dzieje, czemu służy cykl artykułów pod wspólnym tytułem „Wehikuł Czasu”. Ostatni jego odcinek poświęciliśmy naszym najlepszym strzelcom, więc dzisiaj postanowiliśmy poświęcić uwagę bramkarzom.
Sytuacja bramkarzy w każdej drużynie piłkarskiej jest zdecydowanie najbardziej stabilna. Zmiana pomiędzy słupkami to najczęściej efekt kontuzji, ewentualnie radykalnej obniżki formy podstawowego golkipera. Oczywiście ta powszechna reguła obowiązywała również w Wiśle. Nic więc dziwnego, że łączna liczba zawodników, którzy stanęli w bramce naszego klubu w meczach ekstraklasy jest niewielka.
Jako pierwszy zaszczytu założenia bramkarskiego dresu z napisem „Petrochemia” dostąpił Krzysztof Koszarski. Znany z wcześniejszej gry w Wiśle „Koszar” wrócił do klubu po awansie do ekstraklasy w 1994 roku i stał się wyborem nr 1 trenera Grzegorza Wenerskiego. Ale swoją szansę występu w najwyższej lidze dostał także jego zmiennik, a wcześniej podstawowy gracz w II lidze, Grzegorz Pietrzak. Razem w rundzie jesiennej puścili 30 bramek i w zimowej przerwie klub postanowił zatrudnić Kazimierza Sidorczuka. Nowy golkiper szybko wywalczył sobie etatowe miejsce w składzie i z pewnością był jednym z najlepszych graczy Wisły wiosną 1995 roku. Dobra postawa bramkarza i tylko 13 straconych goli nie pomogło jednak drużynie w wywalczeniu miejsca dającego utrzymanie w ekstraklasie. Sporo dała jednak samemu zawodnikowi, który później zagrał nawet w narodowej reprezentacji.
Nie zawojowaliśmy ekstraklasy również w rozgrywkach 1997/98. Ciężko również pochwalić naszych bramkarzy. Artur Sejud, na którego postawił Bogusław Kaczmarek aż 50 razy wyjmował piłkę z siatki. Jego zmiennik, wychowanek Wisły Jacek Lasocki dostał szansę po porażce 0:4 w Chorzowie, ale miejsce w wyjściowej jedenastce utrzymał na zaledwie dwa mecze, w których solidarnie przeciwnicy zaliczyli po dwa trafienia. Na katastrofalny wynik Sejuda istotny wpływ miały dwie ostatnie kolejki sezonu. Najpierw ulegliśmy w Krakowie Wiśle 0:5, a następnie przed własną publicznością przegraliśmy z Odrą Wodzisław Śląski 1:6. Ciekawe, czy w swojej karierze Artur miał równie nieudany dwumecz?

Artur Sejud, fot. W. Sierakowski
50 straconych w jednym sezonie goli pozostaje niechlubnym rekordem w przypadku naszych golkiperów. Ale Artur Sejud zachował miejsce w zespole i, chociaż głównie w roli zmiennika, reprezentował Wisłę w ekstraklasie jeszcze przez kilka lat. Na przykład w sezonie 1999/2000 gdy stanowił alternatywę dla Jarosława Krupskiego. Jako teoretyczny nr 2 rozegrał zresztą całkiem sporo bowiem 11 spotkań ligowych, przy 17 Krupskiego. Obydwaj dysponowali podobną skutecznością - Krupski dał sobie wbić 24, a Sejud 18 goli. Stawkę bramkarzy z tamtego sezonu uzupełnia Andrzej Szyszko, który rozegrał dwa pełne spotkania, tracąc w nich 5 goli. Pozyskany z Wigier Suwałki golkiper dostałby z pewnością więcej okazji do gry, ale w pojedynku z Lechem Poznań doznał wstrząśnienia mózgu i wypadł ze składu.
To właśnie najmłodszy z potencjalnych bramkarzy Szyszko miał być nr 1 w kolejnych rozgrywkach. Rywalizację o tę pozycję wygrał jednak Krupski. Tyle, że, podobnie jak cała drużyna, nie spisywał się na miarę oczekiwań. Tak jak wcześniej Sejud, również zaliczył jedenaście straconych goli w dwóch kolejnych meczach: najpierw 2:6 z Amiką Wronki, a następnie 0:5 z Wisłą Kraków. Nic dziwnego, że trenerzy nerwowo szukali najlepszego golkipera. Raczej bezskutecznie. Nie zachwycili ani Krupski, ani Szyszko, ani Sejud, ani występujący w dwóch spotkaniach Litwin Pavel Leuss. Litwin zagrał dwa razy, a goli stracił siedem, co najlepiej oddaje jego wątpliwe walory.

Jarosław Kruspki, fot. W. Sierakowski
Potrzebna bramkarzom stabilizacja notuje się od rozgrywek 2002/03. Trener Mieczysław Broniszewski twardo postawił na Sylwestra Wyłupskiego. I niewykluczone, że ten bramkarz miałby szansę zadomowić się w Płocku na dłużej, ale cieniem na jego grze położył się wybryk dyscyplinarny. Spowodowało to utratę miejsca w składzie pod koniec sezonu i zakończenie współpracy z Wisłą po roku. Miejsce Wyłupskiego pomiędzy słupkami zajął Paweł Kapsa, a w jednym spotkaniu niezawodny Sejud. Kapsa grał we wszystkich meczach Pucharu Polski, chociaż niewykluczone, że w finale należało posadzić go na ławce, bowiem to właśnie jego błędy w dużej mierze zdecydowały o porażce w Płocku z krakowską Wisłą 0:3. Pierwszy mecz wygraliśmy 1:0.
Zwolnione przez Wyłupskiego miejsce zajął w Wiśle Jakub Wierzchowski. Ex-reprezentant Polski z miejsca stał się kluczową postacią drużyny. Niewykluczone, że już w sezonie 2003/04 rozegrałby komplet spotkań ligowych w podstawowym składzie, ale na przeszkodzie stanęła kontuzja. Ostatecznie więc obydwaj nasi „łapacze” Wierzchowski i Kapsa rozegrali po 13 spotkań, ale Wierzchowski stracił o pięć goli mniej od swojego kolegi.

Jakub Wierzchowski, fot. W. Sierakowski
Stabilizacja w bramce i dobra gra całej defensywy skutkowała najlepszym w historii czwartym miejscem w ekstraklasie w rozgrywkach 2004/05. Wierzchowski w pełnym wymiarze czasowym rozegrał dwadzieścia meczów ligowych, a jego zmiennik Robert Gubiec tylko sześć. Kuba dał się pokonać dwadzieścia dwa razy, Robert osiem. Tylko 30 goli straconych w całym sezonie to do dzisiaj rekord Wisły. Zasługa bramkarzy nie podlega dyskusji.
Dobra gra golkiperów oznaczała oczywiście, że utrzymają oni miejsce w zespole na następny sezon. Z zachowaniem hierarchii. Kuba nr 1, Robert nr 2. Wierzchowski rozegrał 23 spotkania w ekstraklasie, jego zmiennik siedem. Po stronie strat odpowiednio 31 i 14 bramek. Swoją szansę na grę Gubiec wykorzystał za to doskonale w Pucharze Polski. W tych rozgrywkach Wisła zagrała łącznie 10 meczów, z czego 9 właśnie Gubiec i to właśnie on, jako podstawowy bramkarz, dostąpił w 2006 roku zaszczytu triumfu w prestiżowych rozgrywkach.

Robert Gubiec, fot. W. Sierakowski
Ogromnym rozczarowaniem dla kibiców okazał się sezon 2006/07. Po dwóch latach zakończonych awansem do pucharów oczekiwaliśmy dalszego wzrostu formy. Rzeczywistość okazała się brutalna. Zamiast Europy, druga liga, w czym udział mieli także bramkarze. Gubiec, który z pozycji rezerwowego awansował na pierwsze miejsce w hierarchii, dał się pokonać 40 razy w 27 meczach, a jego zmiennik Jakub Skrzypiec stracił 7 goli w 4 spotkaniach. Niech nikogo nie dziwi łączna liczba 31 meczów, bowiem w starciu z Bełchatowem Skrzypiec wszedł na boisko po czerwonej kartce dla Gubca i … wpuścił cztery gole.
Odpowiedź na pytanie kto był najlepszym napastnikiem w historii Wisły nie stwarzała kłopotów. Znacznie trudniej wskazać najlepszego golkipera. Dlatego wybór pozostawiamy czytelnikom wierząc, że nasz nr 1 między słupkami gra w Wiśle obecnie.