Aktualności » Wiślacki Wehikuł Czasu #16
30-01-2017r.

 

Bez nich ciężko wyobrazić sobie liczący się zespół piłkarski. Niezależnie od szerokości geograficznej i poziomu rozgrywek, na którym występuje. Kiedyś w mniejszości, dzisiaj niejednokrotnie mają zdecydowaną przewagę liczebną w szatniach profesjonalnych drużyn. Mowa o cudzoziemcach. Nie brak ich także w naszej Wisełce, chociaż nasze barwy przywdziewają przede wszystkim Polacy. W dzisiejszym Wehikule postanowiliśmy przypomnieć tych obcokrajowców, którzy odcisnęli piętno na grze naszego klubu w ekstraklasie.

 

We wspomnieniach ograniczamy się do gry Wisły na najwyższym szczeblu ligowej rywalizacji, więc nazwisko pierwszego w historii cudzoziemca w koszulce nafciarzy pozostanie tajemnicą (niewykluczone, że będzie ono zagadką w konkursie). Obowiązkiem jest natomiast przypomnienie zawodnika spoza Polski, który jako pierwszy reprezentował nas w ekstraklasie. Tego zaszczytu dostąpił ukraiński napastnik Roman Grigorczuk. Do Petrochemii trafił w przerwie zimowej sezonu 1994/95, razem z trenerem Hubertem Kostką. W 14 meczach zdobył 3 bramki, ale po spadku do II ligi opuścił nasz klub. Grigorczuk był nie tylko pierwszym, ale wówczas także jedynym naszym piłkarzem zza granicy.

 

W kadrze Petrochemii 1997/98, dowodzonej przez Bogusława Kaczmarka zabrakło miejsca dla graczy z innych krajów. Trener wyznawał zasadę, że miejsce w kadrze drużyn ekstraklasy prędzej należy się młodym zawodnikom z macierzystego klubu lub kraju, niż przeciętniakom spoza Polski.

 

Zaległości w zatrudnianiu cudzoziemców zaczęliśmy odrabiać po kolejnym awansie do ekstraklasy. W rozgrywkach 1999/2000 nasze barwy reprezentowało aż dziesięciu graczy z obcymi paszportami. I to z całego świata! W pierwszej rundzie mieliśmy w składzie dwóch Amerykanów, dwóch Białorusinów, dwóch Nigeryjczyków i Senegalczyka. Na wiosnę pozostali tylko Nigeryjczycy, do których dołączyło trzech rodaków. Z całej tej sporej grupy tylko Mike Mouzie posiadał umiejętności upoważniające do gry w ekstraklasie. Pozostali na tym szczeblu nie mieli prawa się znaleźć. I długo miejsca w Płocku nie zagrzali.

Mike Mouzie - fot. W. Sierakowski

Zdecydowanie najlepszym piłkarzem Wisły pochodzącym z Czarnego Lądu był inny Nigeryjczyk. Mowa oczywiście o Emmanuelu Ekwueme. Trafił do nas w sezonie  2002/03, wyrabiając sobie wcześniej markę w Polonii Warszawa. Umiejętności rzeczywiście nikt nie miał prawa mu odmówić, ale gorzej było z pracowitością. „Tolek” miał dość swobodne podejście do obowiązków. Tradycją były na przykład jego spóźnione powroty po urlopach, głównie z powodu „kłopotów zdrowotnych i pogrzebów członków rodziny” (stałe usprawiedliwienie zawodnika). Wybaczano mu wiele, bowiem jego walory sportowe były niepodważalne, ale miarka się przebrała i ostatecznie Wisła wystąpiła do PZPN o rozwiązanie kontraktu z winy zawodnika. Swoją drogą skutecznie, z dodatkowym odszkodowaniem dla klubu. Szkoda, że talentu Ekwueme nie umiał poprzeć ciężką pracą, bowiem mógł być na lata etatowym reprezentantem swojego kraju i najlepszym obcokrajowcem na polskich boiskach.

Emanuel Ekwueme - fot. W. Sierakowski

Sezon 2000/01 zaczęliśmy z silną kolonią nigeryjską w składzie, wzmocnioną Serbem Urosiem Prediciem. Ten rozgrywający miał papiery na grę i ogromnego pecha. W jednym z pierwszych występów złamał nogę i zamiast rozwijać karierę przy Łukasiewicza 34, bardzo długo leczył kontuzję. Przed rundą wiosenną ekipa z Nigerii została odsunięta od pierwszego zespołu. Jednak o ich zastępcach z Litwy, Białorusi i Chorwacji też nie sposób powiedzieć coś pozytywnego. A że i Polacy nie błyszczeli, to zasłużenie spadliśmy do II ligi.

 

Po trwającej rok degradacji i kolejnym awansie do elity Wisła sięgnęła po zaciąg litewski. Z różnym skutkiem. Umiejętnościom Gražvydas Mikulėnasa, Aidasa Preiksaitisa czy Raimondasa Vilėniškisa niczego nie można zarzucić, ale Nerius Vasilauskas oraz Virmantas Lemežis (znany w mieście jako Antonio) niczym nie zachwycili. Ocenę potwierdzają statystyki, bowiem trzej pierwsi grali sporo, a ich dwaj koledzy szlifowali formę w rezerwach. Ogólna nota dla sąsiadów z Litwy musi jednak być pozytywna. Na etapie budowy silnej pozycji w lidze Litwini naprawdę Wiśle pomogli. W rundzie wiosennej zagraniczną pomoc sąsiedzką wzmocnił Białorusin Nikołaj Branfiłow. Wyjątkowo sympatyczny i solidny obrońca, który nawet strzelił gola przy w Warszawie przy Łazienkowskiej. Co prawda nie Legii a Świtowi Nowy Dwór Mazowiecki, ale trafienie w jaskini lwa budzi uznanie.

Aidas Preiksaitis - fot. W. Sierakowski

Przed rozpoczęciem rozgrywek 2003/04 władze klubu nie ściągnęły kolejnych cudzoziemców. Trzej najlepsi Litwini, Branfiłow oraz Ekwueme pozostali w drużynie i spisywali się przyzwoicie. W zimie klub opuścili Mikulėnas z Preiksaitisem, których zastąpił Bułgar Boris Kondew. Okazał się jednak niewypałem.

 

Do rewolucji w składzie nie doszło także przed kolejnym sezonem. W składzie pozostali Ekwueme i Branfiłow, do których dołączył Bośniak Nenad Studen oraz doskonale już w kraju znany Mamia Dżikia. Gruzin miał za sobą wiele sezonów dobrej gry w Ruchu Chorzów i Amice Wronki. Do tego mówił po polsku bez cienia obcego akcentu i mógł swobodnie uchodzić za naszego rodaka. W przerwie zimowej szukając wzmocnień, przede wszystkim defensywy, trener Mirosław Jabłoński skorzystał ze swoich dobrych kontaktów na Bałkanach i nad Wisłę przyjechała liczna ekipa wojowniczych Serbów. Niewątpliwie, przynajmniej dwaj, na lata zostaną w naszej pamięci. Środkowi obrońcy Mitar Peković oraz Żarko Belada, który po odzyskaniu niepodległości przez Czarnogórę zdobył paszport nowej ojczyzny. Świetni piłkarze i prawdziwi twardziele. Zadziorni, nieustępliwi, agresywni oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Środka obrony mógł Wiśle zazdrościć w lidze każdy. Po ich przybyciu Wisła wiosną 2005 roku straciła zaledwie dziesięć bramek i zasłużenie wywalczyła czwarte miejsce w ekstraklasie. Pozostali zawodnicy z Serbii prezentowali już nieco niższe umiejętności, ale również regularnie występowali w barwach pierwszej drużyny.

Mitar Peković - fot. W. Sierakowski

Udany eksperyment bałkański zaowocował zwiększeniem zaciągu z południa Europy przed startem sezonu 2005/06. Szczególne nadzieje wiązano z pochodzącym z Serbii, a grającym ze słoweńskim paszportem napastnikiem, Seadem Ziliciem. Wcześniej próbował swoich szans nawet we włoskiej Serie A, więc od Zilicia oczekiwano sporej ilości trafień. I niewykluczone, że spełniłby pokładane w nim nadzieje. Na przeszkodzie w rozwoju jego kariery stanęła jednak doskonała forma innego napastnika Irka Jelenia oraz zmiana trenera. Mirosław Jabłoński stawiał na Zilicia przynajmniej w roli zmiennika, podczas gdy Josef Csaplár po prostu nie przepadał za Serbami. Czara goryczy została przelana w meczu z Cracovią. Sead na boisko wszedł w 55. minucie, a opuścił je dwadzieścia minut potem. Wcale nie z powodu kontuzji. Wywołało to wściekłość zawodnika i wyjazd do domu po niespełna rocznej przygodzie w Płocku. Szkoda, bowiem rzeczywistych umiejętności tego napastnika tak naprawdę nie poznaliśmy.

 

Wyraźna niechęć czeskiego szkoleniowca do piłkarzy z Bałkanów skutkowała usunięciem z drużyny większości piłkarzy z tej części Europy przed rozpoczęciem sezonu 2006/07. Zastąpili ich rodacy trenera. Lumír Sedláček i Josef Obajdin do Wisły trafili już wiosną 2006, a pozostali: Patrik Gedeon, Tomáš Michálek oraz Tomáš Došek na progu kolejnej edycji ligi. Niestety, niemal w komplecie zawiedli. Największym rozczarowaniem była postawa napastników, czyli Obajdina i Doška. Szczególnie ten drugi marnował seryjnie stuprocentowe okazje do zdobycia bramek, co ostatecznie poskutkowało spadkiem do II ligi. Najlepsze wrażenie pozostawił po sobie Gedeon. Ambitny, waleczny, zaangażowany. Pozostali jego rodacy w pamięci naszych kibiców na długo nie pozostali.

Patrik Gedeon - fot. W. Sierakowski

Wnioski, kto z grających w Wiśle cudzoziemców zasłużył na miano najlepszego, kto całkowicie zawiódł pozostawiamy czytelnikom. Wierzymy natomiast, że najlepszego obcokrajowca dopiero poznamy. Może już tej wiosny.