Aktualności » Wiślacki Wehikuł Czasu #16
8-02-2017r.

Piłkarska wiosna przywitała nas wyraźnym spadkiem temperatury i obfitymi opadami śniegu. I nic dziwnego skoro bieżąca rudna rozgrywek rozpoczyna się w połowie lutego. Wszystkie wcześniejsze starty wiosennej części sezonu miały miejsce w marcu.

 

Zimowa obecnie aura oraz zmiany w terminarzu nakazujące rozegranie części wiosennych meczów w listopadzie i grudniu całkowicie zaciemniają klasyczny podział na rundę jesienną i wiosenną. Może do piłkarskiej nomenklatury powinno się wprowadzić „rundę zimową”? Zanim jednak pojawi się ona w oficjalnym nazewnictwie spróbujemy przypomnieć historię występów Wisły we wcześniejszych wiosennych, nie tylko z nazwy, rundach ekstraklasowych bojów. 

 

 

Niezwykle emocjonująca była dla płockich kibiców wiosna 1995 roku. Chociaż dzieli nas od niej szmat czasu nadal żyje w pamięci wielu sympatyków Wisły. Może dlatego, że była pierwsza, może ze względu na heroiczną acz nieskuteczną walkę o utrzymanie się w lidze. A może z powodu pierwszego w historii klubu poważnego zaciągu piłkarzy i trenera z tak zwanymi „nazwiskami”, którzy jednak nie potrafili zachować miejsca w ekstraklasie. Prawdopodobnie każdy z wymienionych powodów po części decyduje o wyjątkowości tamtej dziewiczej dla nafciarzy rundy rozgrywek.

 


Zaczął ją nieudany i już przez nas przypominany mecz z Sokołem Pniewy. Dzisiaj nie poświęcamy mu więcej miejsca. Później było już zdecydowanie lepiej. Nafciarze mieli na rozkładzie takie marki jak Lech Poznań, Ruch Chorzów, czy liczący się wówczas GKS Katowice. Cenny był także bezbramkowy remis w Płocku z pewnie zmierzającą po mistrzowski tytuł Legią. Do realizacji celu zabrakło niewiele. Zaledwie jednego punktu, który straciliśmy w starciach z bezpośrednimi rywalami. Porażka w Stalowej Woli, remisy z Rakowem, Stomilem, Stalą Mielec i kuriozalny z Olimpią Poznań gdy decydującą bramkę straciliśmy w doliczonym czasie gry po szkolnym błędzie jednego z najlepszych obrońców zdecydowały o spadku. Starcia z potentatami i średniakami były w większości udane. Niezależnie od końcowego, niezadowalającego efektu, wnioski dla klubu były oczywiste. Po pierwsze za wszelką cenę warto grać w najwyższej lidze, a po wtóre nie da się stworzyć zespołu na poziomie ekstraklasy wyłącznie z wychowanków, a takim, z małymi wyjątkami, dysponowaliśmy na progu opisywanego sezonu.

 

Radosław Sobolewski (po lewej) - fot. W. Sierakowski


Niewiele dobrego można powiedzieć o wiośnie 1998. Niezła pierwsza część rozgrywek uśpiła nieco działaczy Petrochemii, którzy drużynę zasilili jednym wartościowym piłkarzem Radosławem Sobolewskim. Po trzech przegranych na inaugurację w poczynania klubu wkradła się związana z widmem degradacji nerwowość, która nie ustąpiła do ostatniej kolejki i ponownie elita powiedziała nafciarzom adieu. Dodatkowo na pożegnanie doznaliśmy dwóch sromotnych porażek 0:5 z Wisłą w Krakowie i 1:6 z Odrą Wodzisław na własnym boisku. Jednak nie te dwa spotkania zdecydowały o spadku. Decydującym problemem Petry była beznadziejna postawa na wyjazdach, z których ani razu nie przywieźliśmy kompletu punktów.

 


Po rocznej przerwie ponownie zameldowaliśmy się w pomniejszonej do szesnastu drużyn elicie. I po raz pierwszy potrafiliśmy się w niej utrzymać, chociaż runda wiosenna była przeciętna. Zaczęła się planowo, czyli od porażki w Chorzowie. Kluczowe spotkanie rozegraliśmy w Łodzi w 18 kolejce. Dzięki bramkom Vana Gevorgyana oraz Radka Sobolewskiego zwyciężyliśmy ŁKS 2:1 i znacznie przybliżyliśmy się właśnie kosztem łodzian do realizacji celu. W tamtej rundzie zaliczyliśmy również mecz, który … się nie odbył. Zatrucie pokarmowe uniemożliwiło sporej grupie piłkarzy Petro rozegranie spotkania z Lechem. Rzadka w dzisiejszym futbolu sytuacja, a jednak. Po kilku tygodniach Lech wygrał zaległy mecz 1:0. W ostatniej kolejce nafciarze wygrali w Płocku ze świeżo upieczonym mistrzem Polski Polonią Warszawa 2:1. Zajęty świętowaniem sukcesu rywal miał kłopoty z zebraniem pełnego osiemnastoosobowego składu, ale to problem Czarnych Koszul, ważne, że absencję niektórych zawodników Polonii umieliśmy wykorzystać.

 

Van Gevorgyan - fot. W. Sierakowski


Bardzo udana była dla Wisły (wówczas Orlenu) wiosna 2001. Cóż z tego skoro znowu musieliśmy przeprowadzić się do drugiej ligi. Degradacja była jednak efektem tragicznej jesieni. Rewanże zaczęliśmy od ogrania na wyjeździe Groclinu 2:1 i Widzewa w Płocku 4:1. Zaczęto przebąkiwać o wypełnieniu mission impossible, czyli pozostaniu w lidze. Jednak nadeszła gorsza seria i Dariusza Wdowczyka ze sterami drużyny zmienił Andrzej Wiśniewski. Roszada dała efekt i zaczęliśmy wygrywać mecz za meczem. Absolutnym szokiem była wygrana z Białą Gwiazdą w Krakowie. Czekające na piłkarzy krakowskiej Wisły szampany z okazji mistrzostwa wróciły do lodówek. Padła w Płocku Legia. Niestety, straty były zbyt duże i nawet niecodzienne 6:3 z Ruchem Radzionków nic nie dało. Szaleńczy pościg za rywalami nic nie dał, ale sama runda wiosenna była bardzo udana i niezwykle emocjonująca.

 


Nerwów nie zabrakło także przy naszym kolejnym podejściu do bojów w ekstraklasie. Po pierwszej części sezonu podopieczni Mieczysława Broniszewskiego zajmowali bezpieczną pozycję w środku tabeli i nic nie zapowiadało kłopotów na przedwiośniu. Jednak w pierwszych sześciu kolejkach 2003 roku zainkasowaliśmy zaledwie dwa oczka i doszło do częstej w takie sytuacji zmiany szkoleniowca. „Kaszankę” zastąpił „Jabłuszko”. Pozostaliśmy więc w klimacie gastronomicznym, ale ze znacznie lepszym skutkiem. Kilka zwycięstw i ostatecznie dziesiąta pozycja w lidze oraz awans do finału Pucharu Polski zdecydowanie zaspokajały oczekiwania kibiców. Na szczególną wzmiankę zasługuje wygrana 1:0 z Groclinem Grodzisk Wielkopolski, którego trener po ograniu Wisły Kraków i Legii śmiało zapowiedział, że w drodze do tytułu pozostało mu jedynie „bić słabiaków”. Dokładnie tydzień później wracał z Płocka z zerowym kontem, a po remisie u siebie z cieniutkim Widzewem marzenia o mistrzostwie mógł odłożyć ad acta. Pycha została ukarana.

 

Mieczysław Broniszewski (w środku) - fot. W. Sierakowski


Nadeszły lepsze czasy i nadrzędnym celem wiosennych starć nie było już wywalczenie ligowego bytu, ale jak najwyższa pozycja w tabeli. W 2004 bardzo długo ścigaliśmy się z Groclinem o cenne czwarte miejsce w tabeli, które miało być przepustką do europejskich pucharów. Lepszym finiszem wykazali się piłkarze z Wielkopolski i to oni zajęli miejsce bezpośrednio za ligowym podium. Ale upragnionego występu w Europie nie zaliczyli, bowiem psikusa zrobił wszystkim Lech Poznań, który ograł Legię w finale Pucharu Polski i niejako zabrał jedno z miejsc w rozgrywkach UEFA. Niewątpliwie do miana wydarzenia rundy pretendują dwa mecze z Lechem i Wisłą Kraków. Obydwa zakończyły się remisami 4:4 i na zawsze pozostaną w pamięci fanów z Łukasiewicza 34. Śmiało można stwierdzić, że właśnie remis z Białą Gwiazdą był najlepszym meczem jaki kiedykolwiek mogli na żywo oglądać płoccy kibice.

 


Upragnione czwarte miejsce zajęła Wisła w 2005 roku. I tym razem dało ono przepustkę do rozgrywek międzynarodowych. Do ostatniej kolejki toczyliśmy korespondencyjny bój o tę pozycję z Cracovią, którą ostatecznie wyprzedziliśmy dosłownie w ostatnich sekundach sezonu. W zamykającym sezon meczu podejmowaliśmy Legię, a Pasy pojechały do Wronek. Przed gwizdkiem mieliśmy po 40 punktów, ale bilans meczów bezpośrednich był korzystny dla przeciwnika. I wszystko układało się po myśli Cracovii. Prowadziła z Amicą 2:0, co przy remisie w Płocku było rezultatem korzystnym. Jednak pomiędzy 75, a 85 minutą gry Pasy straciły dwa gole i zrównaliśmy się w tabeli. Wtedy dziesięciotysięczna publiczność w Płocku zaczęła skandować „Nafciarze remis we Wronkach”, chcąc zmobilizować piłkarzy Wisły do strzelenia bramki Legii i wyprzedzenia Krakusów. Nie udało się, ale nasze życzenia chyba dotarły do Wronek, bowiem w trzeciej minucie doliczonego czasu Amica wbiła bramkę Cracovii i Wisła wyprzedziła rywala. Wprawdzie Jeleń i spółka gola nie zdobyli, ale radości było co niemiara.

 

Ireneusz Jeleń - fot. W. Sierakowski


Trudno jednoznacznie ocenić kolejną wiślacką wiosnę 2006. Z jednej strony jedenasta pozycja w tabeli była daleka od oczekiwań, z drugiej zdobycie w maju Pucharu Polski pozostaje do dzisiaj największym osiągnięciem klubu. Czeski trener Josef Csaplar wyraźnie skoncentrował się na rywalizacji pucharowej odpuszczając ligę, tym bardziej, że w pierwszych wiosennych meczach zdobyliśmy tyle punktów, że sprawa pozostania w lidze była załatwiona, a o podium i tak nie mieliśmy szans walczyć. Zaliczyliśmy nawet serię pięciu porażek z rzędu, ale nikt się nimi specjalnie, nie przejmował w kontekście wywalczonego już Pucharu Polski.

 


Nie ma natomiast żadnych wątpliwości, że kolejną wiosnę należy ocenić bardzo krytycznie. Oczywiście przede wszystkim z uwagi na wynik sportowy, czyli kolejną degradację z ligi, ale głównie dlatego, że był to spadek na własne życzenie. Po zdobyciu krajowego pucharu w zespole doszło do istotnych zmian personalnych. Drużynę zasilił spory zaciąg rodaków Csaplara. Ich wartość sportowa okazała się jednak niższa od oczekiwanej i zamiast progresu zanotowaliśmy wyraźne obniżenie formy. Decydujący okazał się brak odpowiedniej klasy napastnika. Następca Irka Jelenia Tomaś Dośek marnował ogromną ilość stuprocentowych sytuacji podbramkowych i zamiast zwycięstw notowaliśmy kolejne porażki. Istotny wpływ na końcowy rezultat miała także opieszałość w zwolnieniu z pracy Josefa Csaplara. Czeski szkoleniowiec ostatecznie z Wisły wyleciał, ale o kilka meczów za późno i ligi nie udało się uratować notując absolutnie wstydliwy rezultat.

 


Dokładnie dziesięć lat czekaliśmy na kolejne wiosenne mecze Wisły na szczeblu ekstraklasy. I z pewnością emocji w nich nie zabraknie. Oby we wspomnieniach pozostały jako wyjątkowo dla nafciarzy udane.