
Dzisiaj przypominamy ludzi drugiego planu. Niewiele się o nich mówi i pisze. Rzadko zostają bohaterami kibicowskich opowieści przy kuflu jasnego pełnego. A w codziennym funkcjonowaniu drużyny piłkarskiej ogrywają niepoślednią rolę.
Niezwykle utytułowany holenderski trener Louis Van Gaal, zapytany kiedyś co jest kluczem do budowy silnego zespołu piłkarskiego stwierdził, że najważniejszy jest team behind the team, czyli w dowolnym tłumaczeniu zespół w cieniu zespołu. Na myśli miał oczywiście wszystkich członków sztabu szkoleniowo – medyczno - logistycznego, których nazwisk często nawet nie znamy, a bez nich żaden szanujący się zespół nie mógłby porządnie funkcjonować.
Wśród osób „z drugiego szeregu” na plan pierwszy wysuwają się oczywiście asystenci głównego trenera. Każdy negocjujący warunki pracy w nowym klubie szkoleniowiec, jako jeden z pierwszych warunków objęcia zespołu, stawia możliwość zatrudnienia wskazanego przez siebie asystenta, co dowodzi jak ważna to persona. Oczywiście, przede wszystkim z uwagi na wiedzę i doświadczenie, ale także lojalność, umiejętność pracy w zespole, dyskrecję.
Dzisiejszy odcinek Wehikułu poświęcamy właśnie członkom „team behind the team”. Oczywiście, jak w poprzednich odsłonach, ograniczamy się do ekstraklasy z zaznaczeniem, że subiektywnie wybraliśmy osoby, które najbardziej na przypomnienie zasługują.
W 1994 roku, gdy po raz pierwszy skutecznie szturmowaliśmy bramy ekstraklasy stery w Wiśle dzierżył Grzegorz Wenerski. I na zawsze powinien dla płockich kibiców pozostać bohaterem. Podobnie jak jego współpracownik Witold Słabkowski. Prawdziwa, nietykalna ikona Wisły. W klubie pełnił niemal wszystkie możliwe funkcje, no może poza sekcją piłki ręcznej, za którą łagodnie mówiąc, nie przepadał. Witek Wiśle Płock podporządkował całe swoje życie. Nic więc dziwnego, że kolejni nowi szkoleniowcy chętnie widzieli go w swoim sztabie. Po zwolnieniu Wenerskiego stanowisko drugiego trenera powierzono Wojciechowi Wąsikiewiczowi, ale Słabkowki w ekipie pozostał. Oprócz trenera asystenta pełnił także obowiązki kierownika zespołu. W takiej samej roli widział Witka również Bogusław Kaczmarek, który prowadził Wisłę w sezonie 1997/98. Pasowali do siebie jak ulał. Piłka była i pewnie jest do dzisiaj sensem życia jednego i drugiego. Mózgiem w zespole był oczywiście Kaczmarek, ale płucami, rękami, nogami już Słabkowski. Bobo często w ramach zakończenia treningu ordynował piłkarzom przebieżkę jarem Brzeźnicy od stadionu do Wisły i z powrotem. Niejednokrotnie od startu do mety, a wyścigi się zdarzały, grupę prowadził Witek urodzony dnia... Nie chcąc zawstydzać 90% mężczyzn tej daty nie podamy. Gdy w trakcie treningu piłki po „udanych” strzałach lądowały daleko poza ogrodzeniem stadionu wysyłano po nie najmłodszych zawodników. Niepotrzebnie. Słabkowski już dawno był z nimi z powrotem. Pewnego razu kilka godzin przed meczem znany zawodnik próbował wzmocnić się energetycznie batonem znanej marki. Nie zdążył go nawet rozpakować, bowiem został skonfiskowany przez kierownika S. i wyrzucony do kosza z komentarzem „od tej pory ja ustalam Ci dietę”. Podobnych anegdot piłkarze pewnie opowiedzieliby setki.

Witold Słabkowski, fot. W. Sierakowski
Do Witka, który pracował w Wiśle przez prawie cały okres jej gry w ekstraklasie jeszcze wrócimy. W latach 1999-2001 gdy ponownie znaleźliśmy się w elicie w klubie pracowało wielu szkoleniowców. Zbyt wielu. Promocję do najwyższej ligi wywalczył Jerzy Kasalik z Ryszardem Jankowskim u boku. Były golkiper Lecha Poznań odpowiadał oczywiście za szkolenie bramkarzy, ale ponieważ razem z szefem został dość szybko zwolniony, trudno cokolwiek mówić o jego wadach i zaletach. Kasalika na stanowisku trenera zmienił Adam Topolski, który zażądał sprowadzenia do Płocka Janusza Kubota jako swojego asystenta. Kubot zagościł w Wiśle na długo. Na szczeblu ekstraklasy pracował jeszcze jako doradca Albina Mikulskiego, Dariusza Wdowczyka i Andrzeja Wiśniewskiego. W kilku meczach samodzielnie prowadził zespół, notując nawet cenne 1:1 z Legią przy Łazienkowskiej. Jego wiedzy i umiejętnościom nie można nic zarzucić, sprawdził się także pracując w innych klubach. Prywatnie jest ojcem jednego z najlepszych polskich tenisistów w historii - Łukasza.

Janusz Kubot, fot. W. Sierakowski
Kubot pracował krótko w sztabie Dariusza Wdowczyka, ale bezpośrednim zastępcą tego szkoleniowca był Andrzej Wiśniewski. Po odejściu Wdowca przejął drużynę i zaskoczył wszystkich. Skazana przez wszystkich na degradację Wisła potrafiła sprawić kilka niespodzianek (wygrane z Wisłą Kraków, Legią, Śląskiem we Wrocławiu) i zabrakło jej zaledwie trzech punktów do uratowania ligi. Cudotwórca Wiśniewski? Pewnie we własnym mniemaniu owszem, natomiast jego ówczesny szef Andrzej Strejlau miał o tym trenerze wyjątkowo złe zdanie. Wiśniewski dostał jeszcze szansę poprowadzenia drużyny po spadku, ale nie dotrwał nawet do końca pierwszej rundy. Jego praca została dostrzeżona nawet za granicą. Niedługo po wyjeździe z Płocka został selekcjonerem reprezentacji Palestyny!
Awans do ekstraklasy w 2002 roku był dziełem Mieczysława Broniszewskiego, któremu dzielnie sekundował przywrócony szybko do łask Witek. Na progu kolejnego sezonu sztab wzmocnił jeszcze Dariusz Janowski. Spokojny, opanowany analityk. I to on, przynajmniej formalnie, dokończył sezon 2002/03 po zwolnieniu Broniszewskiego. Formalnie, bowiem faktycznie ekipą kierował „konsultant” Mirosław Jabłoński. Janowski pracował zbyt krótko by odcisnąć swoje piętno na zespole.
Jabłuszko mógł oficjalnie przejąć drużynę przed startem sezonu 2003/04. Oczywiście nawet przez myśl mu nie przeszło pozbyć się Słabkowskiego, postanowił jednak wzmocnić siłę sztabu zatrudniając zaufanego Bogdana Pisza. Bez wątpienia strzał w dziesiątkę. Bogdan był nie tylko dobrym doradcą Mirka, ale w każdej chwili z powodu dobrej formy mógł w grze kontrolnej zastąpić nieobecnego zawodnika, co zresztą często miało miejsce. Witek też pewnie chętnie by zagrał, ale padło na młodszego. Jabłko i Pisz świetnie się dogadywali czego efektem były najlepsze w historii rezultaty na szczeblu ekstraklasy. Nie zapominajmy o Witoldzie! Raz tylko Witek trochę się zdrzemnął wpuszczając na boisko szóstego obcokrajowca przeciwko Legii. Skutkowało to walkowerem, ale mecz i tak przegraliśmy, więc kierownik uniknął większej odpowiedzialności. Za Piszem nie przepadali piłkarze, często był bowiem bardziej wymagający od dobrodusznego Jabłońskiego, a nie da się ukryć, że wymagającego szefa zwykle nie kochamy.

Bogdan Pisz, fot. W. Sierakowski
Dobrą pracą Pisz zaskarbił sobie uznanie ówczesnych władz klubu, więc po odwołaniu Jabłońskiego zarząd zaproponował czeskiemu następcy Josefowi Csaplarowi właśnie Pisza na asystenta. Nie mający wielkiego rozeznania w naszych realiach Czech zgodził się bez wahania. I z pewnością nie żałował skoro efektem wspólnej pracy był Puchar Polski w 2006 roku. Nie musimy chyba dodawać kto nadal pozostawał pełnoprawnym członkiem sztabu trenerskiego. Niestety, po roku największych sukcesów przyszła degradacja do II ligi w 2007 roku i prawie dziesięcioletni rozbrat z ekstraklasą.
Dzisiaj Marcina Kaczmarka wspiera kilku trenerów asystentów – Sławek Rafałowicz, Andrzej Krzyształowicz, Maciek Bagrowski i Piotrek Soczewka, który pełni też funkcję kierownika drużyny. Wszystkim życzymy by zasłużyli na co najmniej tak dobre wspomnienia jak niekwestionowany lider wśród asystentów Witek Słabkowski.