
Sporo czasu upłynęło od publikacji ostatniego odcinka Wehikułu. Kilkutygodniowa przerwa nie miała, co oczywiste, nic wspólnego z lenistwem autora, spowodowana była jedynie ostrym tempem rozgrywania rundy wiosennej LOTTO EKSTRAKLASY i dużą ilością bieżących informacji przekazywanych na naszej stronie.
Zaplanowany na niedzielę mecz narodowej reprezentacji z Czarnogórą piłkarzom Wisły daje chwilowy oddech od ligowych obowiązków, a nam możliwość powrotu do troszeczeczkę zaniechanego Wehikułu.
Autorzy ekstraklasowego terminarza, choć podobno jest to bezduszna maszyna więc pretensji do nikogo mieć nie należy, zdecydowali, że nasza Wisła gra z rzędu z dwoma rywalami z Krakowa. Wawelski klincz jesienią okazał się dla nas za mocny i w starciu z Krakusami nie zdobyliśmy nawet punktu, chociaż w obydwu meczach mieliśmy swoje szanse na zwycięstwo. Rewanże także zaczęliśmy od porażki i to takiej, która długo będzie spędzać nam sen z powiek, bowiem byliśmy w Krakowie zwyczajnie lepsi od Wisły, a nie przywieźliśmy nawet remisu. Okazją do poprawienia humorów i bilansu w pojedynkach z krakowianami będzie mecz z Cracovią, który, chcąc zachować szansę na grę w grupie mistrzowskiej, powinniśmy wygrać. Czekając na zamknięcie krakowskiego rozdziału, przynajmniej w sezonie zasadniczym, spróbujmy przypomnieć sobie losy dawnych meczów z krakowianami na szczeblu ekstraklasy.

Wojciech Łazarek - fot. W. Sierakowski
Pierwszą okazję zmierzyć się w elicie z drużynami spod Wawelu mieliśmy w sezonie 1997/98. Kibice byli świadkami dwóch biegunowo różnych meczów. Jesienią bezapelacyjnie pokonaliśmy Wisłę 3:0 po golach Mirka Milewskiego, Pawła Miąszkiewicza oraz Marka Witkowskiego. Najlepiej spotkanie podsumował trener Białej Gwiazdy Wojciech Łazarek, który stwierdził, że gra defensywna krakowian „dyskwalifikuje piłkarzy na poziomie ekstraklasy i trenera, który ich prowadzi”. Rzadko którego szkoleniowca stać na takie słowa. W zimowej przerwie tamtych rozgrywek właścicielem Wisły Kraków została firma Telefonika i rozpoczęła się złota era Krakusów. Nic dziwnego, że w rewanżu zostaliśmy rozstrzelani 5:0. Kilka dni przed meczem zwolnionego z Płocka Bogusława Kaczmarka zastąpił Tadeusz Prosowski, który w trakcie pomeczowej konferencji prasowej dosłownie płakał z powodu wysokiej porażki i degradacji naszej drużyny do II ligi.
W rozgrywkach 1999/2000 nadal jedynym na szczeblu ekstraklasy reprezentantem Krakowa była Wisła. I oczywiście w starciach z naszą Wisełkę występowała w roli faworyta. Aspiracje potwierdziła w pierwszym meczu, który w Krakowie wygrała 3:1. Honorowe trafienie zanotował Mieczysław Agafon. Znacznie lepiej wypadliśmy przed własną publicznością. Wprawdzie prowadzenie gościom dał Tomasz Frankowski, ale wyrównał po indywidualnej akcji Kamil Szarnecki sprowadzony kilka miesięcy wcześniej z Wigier Suwałki.
Jesienne starcie z rozgrywek 2000/01 moglibyśmy pominąć. Krakowski czołg zdemolował Orlen 5:0, a mógł znacznie wyżej. Nasza ekipa była wtedy w głębokim kryzysie i przegrywała mecz za meczem, a rywale pewnie zmierzali po mistrzostwo Polski, porażka nie była więc zaskoczeniem. Całkowitą sensacją był natomiast rewanż. Skazany na niemal pewną degradację do II ligi płocki zespół pojechał do szykującej mistrzowską fetę Wisły Kraków po ciężki łomot. Zapowiedzi potwierdził Franek dając prowadzenie gospodarzom, a mistrzowskie szampany z lodówek powędrowały na trybuny. W drugiej części kopciuszek przebrał się w balową suknię i dzięki trafieniom Radka Sobolewskiego i Vana Gevorgyana pokonał faworyta. Szampany wróciły do lodówek. Sobol, który trafił wtedy do krakowskiej siatki grał później wiele lat dla Białej Gwiazdy, a dzisiaj jest jednym ze szkoleniowców tej drużyny. Mimo tej wygranej ligi dla Płocka nie uratowaliśmy.

Radosław Sobolewski - fot. W. Sierakowski
Po powrocie do grona najlepszych, w sezonie 2002/03 mieliśmy okazję zagrać z Wisłą Kraków aż cztery razy. I nawet jedno z tych spotkań wygraliśmy, na dodatek pod Wawelem. Był to pierwszy mecz finału Pucharu Polski. Zdecydowana przewaga gospodarzy nie przyniosła bramki, skuteczna za to okazała się jedna z naszych kontr. Gola zdobył oczywiście Irek Jeleń. Przed rewanżem gorąco wierzyliśmy w możliwość obrony skromnej zaliczki. Niestety błąd bramkarza Pawła Kapsy po niegroźnym strzale Macieja Żurawskiego spowodował utratę bramki już w pierwszej połowie, a po przerwie wyższość krakowian udokumentował Marcin Kuźba trafiając dwukrotnie. Puchar zasłużenie pojechał na południe Polski. Dziesięć dni później graliśmy z Wisłą mecz ligowy przy Ł34. I ponownie przegraliśmy 0:3. Z kronikarskiego obowiązku dodajemy, że na wyjeździe było 0:4. Brrr.
Jelonek ponownie zdobył gola w Krakowie w jesiennych wiślackich derbach rozgrywek 2003/04. Tym razem wyniku jednak nie dowieźliśmy do końcowego gwizdka i ulegliśmy rywalom 1:3. Za to wiosną byliśmy świadkami prawdopodobnie najlepszego meczu w historii naszej Wisły. Otwierający wynik gol Kalu Uche nie zdeprymował płocczan. Szybko wyrównał Jeleń rozpoczynając koncert gry w naszym wykonaniu. 2:1 Jeleń, 3:1 Dariusz Gęsior, 4:1 Gęsior i Biała Gwiazda na łopatkach? Nic z tych rzeczy. Precyzyjny strzał Mirosława Szymkowiaka zmniejszył nasze prowadzenie jeszcze w pierwszej połowie, a dwa gole niezawodnych Żurawskiego i Frankowskiego oznaczały podział punktów. Wisła spod Wawelu była wtedy tak silna, że umiała wyrównać stan meczu z wyniku 1:4, a nasza tak silna, że krakowskiej potrafiła strzelić cztery gole. Piękny spektakl, którego naoczni świadkowie pewnie nigdy nie zapomną.
Ci okropni Żuraw i Franek ponownie zdobyli gole w kolejnym pojedynku. Jesienią 2004 z Krakowa wracaliśmy z bagażem czterech bramek, z czego wspomniani panowie strzelili trzy. W pięć minut. Wiosną wyszarpaliśmy remis, chociaż Żurawski po raz kolejny wpisał się na listę strzelców. Wyrównał wiadomo kto. Mecz Wisła Płock – Wisła Kraków z 9 kwietnia 2005 roku był dwusetnym występem płocczan w ekstraklasie. Wstyd przyznać, ale w rozgrywkach 2004/05 dwukrotnie przegraliśmy w Krakowie 0:4. Po latach nieobecności w gronie najlepszych pojawiła się Cracovia i wzorem znienawidzonej Białej Gwiazdy również pokonała nas 4:0. Ale w rewanżu odgryźliśmy się solidnie, bowiem odprawiliśmy rywali z dwoma golami Pawła Sobczaka i jednym Sławka Peszki. Zwycięstwo było bardzo cenne, bowiem na finiszu ligi wyprzedziliśmy Pasy o jeden punkt i zakwalifikowaliśmy się do europejskich pucharów.

Sławomir Peszko - fot. W. Sierakowski
Zakończony największym sukcesem, czyli zdobyciem Pucharu Polski, sezon 2005/06 w konfrontacji z Krakusami również nie należał do udanych. Na wyjeździe z Wisłą zanotowaliśmy klasyczny wynik 0:4. W Płocku było nieco lepiej, bowiem przegraliśmy 1:2 i to nie tyle z rywalem co z sędzią Robertem Małkiem, który za skandaliczne gwizdanie został później zawieszony. Skromna pociecha tym bardziej, że porażka oznaczała dla trenera Mirosława Jabłońskiego utratę pracy. Sędzia Małek kilka razy poważnie nam zaszkodził, po raz ostatni w Jaworznie gdy nie pokazał zawodnikowi GKS Tychy czerwonej kartki, chociaż ukarał go dwoma żółtymi!!! Po tym numerze już na ligowe boiska nie wrócił. Z Cracovią poszło nam lepiej. Na wyjeździe było co prawda 1:3 z honorowym golem Jelenia, za to w Płocku zwyciężyliśmy 1:0, a bramkę zdobył Vanik.
Kiepskiego bilansu z Krakusami nie poprawiliśmy w ostatnim naszym sezonie w ekstraklasie. Wzajemne starcia zaczęliśmy od 0:2 z Wisłą na wyjeździe. Poprawiliśmy to 0:2 z Cracovią w Płocku, chociaż sam Tomaś Dośek mógł strzelić dla nas kilka bramek. Wiosną było lepiej. Bezbramkowy remis z Białą Gwiazdą przy Łukasiewicza i 2:2 w Krakowie przy Kałuży. Bramki dla nafciarzy były dziełem Ireneusza Kowalskiego i Karola Gregorka.
Historię meczów przeciwko klubom z Krakowa kończą spotkania z tego sezonu. Zbyt świeże by załapały się do Wehikułu, więc je pominiemy. Tym bardziej, że na razie punktów nie powąchaliśmy. Czas to zmienić, a okazję dostaniemy w sobotę 1 kwietnia, gdy zmierzymy się w Płocku z Pasami.