
Po krótkiej przerwie wracamy do naszego stałego cyklu artykułów, poświęconych dawnym występom Wisły Płock w ekstraklasie. Temat zrodził się w sposób naturalny, bowiem lada chwila rozpocznie się nowy sezon piłkarski, drugi po ponownym awansie do elity. Korzystamy więc z okazji by przypomnieć jak Nafciarze radzili sobie w lidze w drugim po awansie sezonie do najwyższej klasy rozgrywkowej.
Z konieczności niniejszy odcinek Wehikułu będzie krótszy od poprzednich. Przede wszystkim dlatego, że dwa pierwsze podejścia płocczan do ekstraklasy kończyły się po jednym sezonie, omawianie „drugiego” nie jest więc możliwe. Pozostałe dwa przypadki są skrajnie różne.
Po raz pierwszy w swojej siedemdziesięcioletniej historii Wisełka utrzymała się w gronie najlepszych w rozgrywkach 1999/2000. Sztuki dokonał trener Albin Mikulski, któremu powierzono również misję tworzenia ekipy na następną kampanię. W trakcie okresu przygotowawczego władze klubu nie próżnowały, ściągając do Płocka zawodników o naprawdę uznanej renomie. Dokonano także poważnych zmian w infrastrukturze stadionu. Płoccy kibice mogli nareszcie obejrzeć swoich podopiecznych przy sztucznym świetle, a wynik spotkania pokazała nowoczesna, na owe czasy, tablica świetlna. Na uroczystą inaugurację jupiterów zorganizowano sparing z mistrzem Polski Polonią Warszawa. Wybór kiepski, bowiem warszawiacy, a szczególnie Emmanuel Olisadebe, nie chcieli się bawić i zapakowali nam "piątaka", na co odpowiedzieliśmy jednym zaledwie trafieniem.

W lidze nie było lepiej. Wprawdzie na inaugurację zwyciężyliśmy w Płocku z Groclinem 1:0, ale dalsza część jesiennej części rozgrywek była coraz gorsza. Nie ma sensu pastwić się nad własnym klubem i podawać szczegółowego przebiegu tragicznej rundy, z kronikarskiego obowiązku przypomnimy tylko, że zdarzyły się nawet takie wyniki jak 2:6 z Amicą i 0:5 z Wisłą Kraków, obydwa przed własną publicznością. Nic dziwnego, że Mikulskiego na stanowisku szkoleniowca szybko zastąpił asystent Janusz Kubot, a w zimowej przerwie Dariusz Wdowczyk.

fot. sport.se
Rundę rewanżową zaczęliśmy od dwóch zwycięstw, w Grodzisku Wielkopolskim i z Widzewem u siebie. Pojawiła się szansa na zachowanie ekstraklasy, ale szybko się rozwiała. Seria porażek oznaczała bezrobocie dla Wdowca i utratę szans na utrzymanie dla Wisły. W ostatnich kolejkach drużynę prowadził Andrzej Wiśniewski, którego pojedyncze sukcesy jak wygrana w Krakowie z Wisłą 2:1, czy pokonanie Legii w Płocku 1:0, nie uchroniły przed degradacją. O spadku bezpośrednio decydował przegrany 1:2 mecz w Lubinie. W ostatniej kolejce, na otarcie łez, Nafciarze ograli Ruch Radzionków 6:3 i pociągnęli rywala w drugoligową otchłań.
Znacznie lepiej w „sezonie nr 2” spisaliśmy się w rozgrywkach 2003/04. Wiosną 2003 roku trenerem Wisły został Mirosław Jabłoński i właśnie Jabłuszko dostał zadanie przygotowania ekipy do kolejnych rozgrywek. Polskie władze piłkarskie, dla podniesienia poziomu naszej ekstraklasy, zmniejszyły ją do zaledwie czternastu drużyn, co oznacza, że w omawianym sezonie odbyło się zaledwie dwadzieścia sześć meczów, czyli aż o jedenaście mniej niż obecnie.
Zaczęliśmy cienko. Porażki 1:3 z absolutnym beniaminkiem z Łęcznej nie spodziewał się nikt. Remis z Polonią i porażka w Poznaniu przywołały obawy o skuteczną rywalizację wśród najlepszych. Nastroje poprawiło pewne trzybramkowe zwycięstwo z Górnikiem Polkowice, dzięki któremu wróciliśmy na właściwe tory. Jednym z najlepszych spotkań krótkiej rundy jesiennej było domowe starcie z Legią, które zaczęło się od gola Stanko Svitlicy, ale umieliśmy odpowiedzieć bramkami Andrzeja Kobylańskiego i Darka Gęsiora. Po meczu wściekli kibice z Warszawy postanowili przebiec się po dachach samochodów zaparkowanych w miejscu dzisiejszego boiska pod balonem. Sztuka się udała, z tym, że większość uszkodzonych aut miała… warszawskie numery rejestracyjne. Kto mieczem wojuje… Niesamowity przebieg miał także mecz z Widzewem, którego bramki po kontuzjach Zbigniewa Robakiewicza i Marcina Ludwikowskiego strzegł obrońca Bogdan Zając. Starał się jak mógł, ale dwie bramki wpuścił, co pozwoliło Wiśle wygrać 3:1.

Wiosną 2004 roku przy Łukasiewicza 34 byliśmy świadkami dwóch niezapomnianych meczów. Najpierw zremisowaliśmy z Lechem 4:4, by za dwa tygodnie zremisować z Wisłą Kraków 4:4. Wspaniałe, dramatyczne widowiska, poziomem emocji dorównujące bojom o mistrzowskie tytuły. O mistrzostwo się wówczas nie biliśmy, ale dobra gra spowodowała, że płocczanie stanęli przed szansą awansu do europejskich pucharów. Promocję miało dać czwarte miejsce w tabeli, do którego, oprócz Wisły, pretendował Groclin Grodzisk Wielkopolski. Szansę pogrzebaliśmy w bezpośrednim starciu przegranym w Płocku 0:1, po golu Adriana Sikory. Okazało się jednak, że rywale także w Europie nie zagrali, bowiem Lech niespodziewanie ograł Legię w finale Pucharu Polski i czwarta pozycja w tabeli nie dała awansu do grona pucharowiczów. Ostatecznie Wisła uplasowała się na piątej pozycji, najwyższej w ówczesnej historii. Rok później poprawiliśmy się o jedno oczko, co do dzisiaj pozostaje naszym największym osiągnięciem.
Biegunowo rożne były nasze „sezony nr 2” w dawnych sezonach. Na progu kolejnego, zdecydowanie odrzucamy opcję z rozgrywek 2000/01, zdecydowanie kierując się ku wersji z roku 2004. Oczywiście nie obrazimy się także na pośrednie, ale bezpieczne dla klubu rozwiązanie.